Wyjazd córki kalifa był utrzymany właściwie w tajemnicy. Oczywiście w rozplotkowanym ulu, jakim była Utaqa, Miasto Wolnych Ludzi, trudno utrzymać jakąkolwiek informację w sekrecie. Ale przynajmniej w ten chłodny poranek nie było tłumów na nabrzeżu, wiwatujących (albo i nie) na cześć kalifa i jego córki. Skrzypienie lin, pokrzykiwania marynarzy, mewy i żebracy. Port budził się do życia. Z poranną bryzą, tak jak i wy zamierzało wypłynąć jeszcze parę statków. Wojenna galera mameluków miała was eskortować do Qudry, Miasta Potęgi, osłaniając maleńką dhow przed atakami piratów z Hawy, Miasta Chaosu. Dalszą drogę do odległej Atoki mieliście odbyć już sami, płynąc wzdłuż dzikich brzegów Gór Jaszczurczego Języka. Małżeństwo między piękną Jasminą a królewiczem Harithem z tamtejszego miasta stanowiło istotny element w strategicznych planach kalifa Agary al-Gandara, mających na celu uzależnienie Utaqi od dominującej na Północy Qudry. Niestety niezbyt stabilna sytuacja w mieście nie pozwalała mu osobiście uczestniczyć w ceremonii.
Z tego, co wiedzieliście, dhow, którym mieliście płynąć, był statkiem magicznym. Do jego obsługi wystarczała zaledwie trójka marynarzy, gdyż żagle wznosiły się i opuszczały siłami dżinów w nich zaklętych. Sterowaniem okrętem i ogólną nawigacją miał zająć się kapitan Dżamil i jego dwóch zastępców – Rachim i Kassim. Oprócz nich w podróż wybierał się kucharz Omar, który jednocześnie odpowiadał za zaopatrzenie. Zadaniem wszystkich pozostałych pasażerów było dbanie o bezpieczeństwo i komfort księżniczki Jasminy. Wyprawą miał dowodzić sam On-Basi al-Garn, jeden z najważniejszych dworzan kalifa, choć złośliwi twierdzili, że jego najważniejszą umiejętnością, której zawdzięczał swoją pozycję, było podlizywanie się kalifowi i uporczywe wychwalanie własnych zasług.
Jesteście nieco wcześniej i oczekując na przybycie księżniczki, spoglądacie z ciekawością wzajemnie na siebie, zastanawiając się, z kim wam przyjdzie dzielić tę wielotygodniową podróż.
Khalida
2007-05-13, 00:14
Najpierw dało się słyszeć muzykę... Potem ryki wielbłądów, głosy ludzi, i w końcu dzwonienie cekinów, i małych dzwoneczków.
Karawana pojawiła się w polu widzenia.
Jakaż to była feeria barw, kolorów tak soczystych, że aż wydawało się iż ociekają z materiałów.
Nagle, nie wiadomo skąd, buchnął płomień. „Połykacze ognia” tańczyli z pochodniami, od czasu do czasu nabierając do ust płyn z manierek, pozbywając się go w odpowiedniej odległości od pochodni i z odpowiednią siłą, aby płomień urósł z gwałtownym rykiem.
Zaraz za nimi podążali, wyginając ciała w prawie nie możliwe pozycje, akrobaci. Skakali, robili przewroty, chodzili na rękach. Ubrani barwnie, z pomalowanymi ciałami byli preludium przedstawienia jeszcze wspanialszego.
Śliczne
tancerki wykonywały szalony taniec. Ich zwiewne szaty wirowały wokół ich smagłych ciał, zwijając się, tworząc w jeszcze chłodnym powietrzu zawile wzory. Dziewczyny wiły się między sobą, przerzucały sobie z rąk do rąk szarfy i wstęgi. To właśnie ich stroje, przybrane licznymi cekinami i dzwoneczkami, wydawały taki nęcący dźwięk.
Aż chciało się wejść między nie, i zatańczyć wraz z nimi.
Niestety po obu ich stronach szli potężni, zamaskowani wojownicy. Każdy miał przytroczoną do pasa długą, zakrzywioną szablę oraz wąski sztylet. Każdy miał łuk na placach, i kołczan pełen strzał.
Ta sama obstawa zaczynała, jak i zamykała karawanę.
Pośród jej uczestników, oprócz ślicznych tancerek, pełno było sług, jak i licznego dworu księżniczki.
Ona sama jechała w lektyce, z której od czasu do czasu wyglądała. Nie dane jednak nikomu było zobaczyć jej twarzy, którą nie dość że chowała w większości za zasłoną, to jeszcze osłaniała piękną,
ciemną chustą ze złotymi szwami.Na wielbłądach w najbliższym otoczeniu księżniczki, w specjalnie przystosowanych siodłach, jechały jej najbliższe dworki, które śmiało patrzyły na tłum, gdy tylko córka kalifa nie zwracała na nie uwagi.
Trochę za nimi jechała kolejna lektyka, jednakże osoba, będąca jej pasażerem nie kwapiła uchylić rąbka tajemnicy, kim właściwie jest. Zaraz za nią podążała kolejna grupa tancerek, już nie tak widowiskowych jak te, które szły na początku. Na samym końcu, ale przed zamykającą pochód strażą szła służba wraz z bagażami.
Karawana powoli zbliżała się do portu. Tam zatrzymała się, dwór księżniczki zaczął zsiadać ze swoich wierzchowców. Wojownicy otoczyli jej lektykę, z której dziewczyna wyjrzała tylko krótko, po czym zaszyła się w niej.
Służba zaczęła rozładowywać bagaże i zanosić je na statek. Poszłam również jedna dziewczyna, a raczej kobieta, ze świty, najwyraźniej by wszystkiego dopilnować.
W między czasie z drugiej lektyki wyszła pewna
dziewczyna, i podeszła do pojazdu księżniczki.
Odezwała się cicho do córki kalifa – wymieniły kilka zdań, po czym dziewczyna stanęła przy lektyce. Jej wzrok padł na czekających w porcie mężczyzn, najwyraźniej nowych towarzyszy podróży młodej księżniczki.
Dziewczyna, najwyraźniej kapłanka, o czym mogła świadczyć laska którą dzierżyła w dłoni patrząc bezpośrednio na nich zamknęła powoli oczy, po czym otworzyła je, i wróciła do obserwacji otoczenia. Ten gest można było odebrać jako pewien rodzaj powitania, choć nie koniecznie...
Akbar Ahl-i-Batin
Mimo wczesnej pory kupcy już zdążyli rozłożyć swoje towary. Gwar negocjowanych kontraktów niósł się daleko. Śniady, przystojny mężczyzna w czarnym turbanie noszącym ślady długotrwałego użytkowania i w czarnym niezbyt starym burnusie, wykłócał się z brodatym kupcem.
- Za takie piękne wielbłądy – wskazał szerokim gestem dwa przywiązane obok do słupka beznamiętnie przeżuwające stworzenia - chcesz mi wcisnąć tę małpę? – małpa ciekawie wyglądała z pogiętej klatki.
- Ależ, to nie taka zwykła małpa, ona… jest magiczna. Tak z całą pewnością jest.
- Magiczna powiadasz? – Akbar przyjrzał się jej uważniej, im dłużej patrzył tym małpa wyglądała bardziej zwyczajnie. W końcu zadarła obelżywie ogona i zapaskudziła dno klatki. – Kiedyś jakiś oszust wcisnął mi fasole. Mówił, że magiczna. A okazało się, że to jakiś chwast. Cholerstwo urosło strasznie w ciągu nocy. Ze dwa razy takie wysokie jak pałac sułtana. Małośmy się z teściem nie poróżnili przez to. Bo zasadziliśmy to w skrzyni z ziemią… w jego gabinecie.
- Ależ panie, ta małpa przejawia całkiem inne magiczne właściwości.
- Doprawdy? – powątpiewał Akbar – A co się stanie jak ją zakopie w skrzyni z ziemią?
- Eeee… - pytanie nieco zaskoczyło kupca – no…- jednak jego zmysł kupiecki działał z niesamowitą szybkością – zmieni się nefrytowy posążek. Tak. Z cała pewnością się tak stanie.
- No dobra, przekonałeś mnie przyjacielu. – Akbar uśmiechnął się szeroko - Biorę małpę, ale dorzucisz mi ze dwa worki żarcia dla niej.
- Ależ oczywiście. Dokonałeś doskonałej transakcji panie.
- Wezmę te dwa worki – powiedział wsadzając klatkę pod pachę.
- Te? Ależ to kawa. Nie dla małp.
- Nie chce niech nieżre. Dawaj.
Kupiec spojrzał na worki, potem na małpę, w końcu na wielbłądy.
- Umowa stoi.
Nagle z tłumu wyłonił się rudobrody i postawny mężczyzna. Podszedł do Akbara i podał mu monetę mówiąc:
- Dziękuję za przysługę.
- Przyjaciel mojego przyjaciela, zawsze może na mnie liczyć.
Rudobrody podszedł do wielbłądów, odwiązał je i zaczął prowadzić w dół ulicy. Akbar spojrzał na kupca, kupiec na Akbara. Małpa patrzyła na nich obu.
- Podasz mi te worki przyjacielu? – zapytał kupca z rozbrajającym uśmiechem.
Hałasy i krzyki z targu było słychać nawet w porcie. Rzadko kiedy zdarzał się taki harmider. Lekko zdyszany, ale zadowolony Akbar informował wszystkich o tamtejszych wydarzeniach. Dziwnym trafem każdy poinformowany stawał się szczęśliwym posiadaczem jedynego w swoim rodzaju zestawu informacji. W końcu znudzony rozsiewaniem plotek, Akbar wyjął klatkę spod pachy i potrzasną nią. Małpa zaskrzeczała i złapała się wszystkimi kończynami prętów klatki.
- Dobra, starczy tej przejażdżki. – otworzył klatkę i próbował wytrzasnąć małpę. – No spadaj.
W końcu małpa dała za wygraną, częstotliwość drgań potrząsanej klatki groziła śmiercią, kalectwem lub jeszcze czymś gorszym. Starając się opanować nerwowy tik lewego oka małpa usiadła dwa metry od Akbara.
- No, co się gapisz? Wynocha! – małpa wykazywała całkowite i absolutne nieposłuszeństwo. Akbar wzruszył ramionami i przeszedł kilka kroków. Potem zatrzymał się i odwrócił. Małpa znajdowała się wciąż dwa metry od niego. Nerwowy tik lewego oka już jej przeszedł.
- Spadaj. Nie prowadzam się z małpami. To by mi zepsuło reputację. No chyba, że ktoś by mi płacił za prowadzanie się z tobą. – małpa posiedział chwilę. Wzruszyła ramionami i zniknęła w tłumie. Akbar także wzruszył ramionami i także zniknął w tłumie.
- Dobry człowieku, nie chciałbyś kupić tej wspaniałej klatki? Całkiem tanio.
Droga do portu mimo, że długa dobiegła końca. Akbar stał na nabrzeżu koło statku, którym miał płynąć. Trwał tam jakiś cyrk. Najwyraźniej najważniejsza osoba już przybyła. Już miał iść się przekonać, gdy coś pociągnęło do za nogawkę. Spojrzał w dół, ale coś mu mówiło, co tam ujrzy. Małpa jedną łapą ciągnęła do za spodnie drugą coś podawała. Wziął podawany przedmiot i obejrzał. Całkiem ładna broszka. Ugryzł. I to złota. Schował ją za pas i powiedział:
- Dobra, możesz ze mną płynąć. Ale ustalam pewne zasady. Nigdy mi nie przerywasz, gdy mówię. Przynosisz mi, co tydzień takie prezenty. I najważniejsze. Nigdy, ale to nigdy nie stajesz na stole tyłem do mnie z zadartym ogonem. Zrozumiałaś?
Małpa przytaknęła.
Vengence
2007-05-13, 02:28
Callion Kane
Na wszystkich bogów Faerunu…za co?!
Lewa dłoń złapała za długowłosą, bujną czuprynę w kolorze brązu. Prawa zaś uniosła się ku górze, szukając trofeum pełniącego dumną funkcję butelki. Po chwili zaś nastąpiło zwycięstwo. Czarna flaszka została natychmiast porwana ze stołu i wraz z dłonią udała się na spotkanie parkietu. Niestety, nigdy nie dotarła do celu. Minęło kilka chwil, przerywanych dość charakterystycznymi odgłosami opróżniania naczynia. Potem zaś tłuczenia szkła. Minuta odeszła w niebyt, a z pod stołu wyłonił się…mały elfi chłopiec. Jego łokcie opadły na stół, głowa, nie mogła znaleźć ośrodka równowagi. Ręce z chęcią użyczyły jej pomocy.
Nastała dłuuuga chwila ciszy. Potem zaś palec wskazujący lewicy, a za nim cała kończyna, uniosły się do góry. Malec rzekł do nie istniejących obserwatorów:
- Nigdy więcej…
- Zieef… mówisz tak za każdym razem ty mały chlorze…
-…słucham?
- Nic panie. Nic nie mówiłam.
- Dobrze. I nie oddychaj tak głośno.
- Jak sobie życzysz panie.
Mała niewiasta, nie większa niż ręka dorosłego mężczyzny, poderwała się do góry i ziewnęła, prostując czerniuteńkie, skórzane skrzydła, zarówno jak swe ręce, odziane w zielony kubraczek. Jej przenikliwe oczy wbiły się w personę siedzącą za drewnianym meblem i poruszającą się lekko to w przód, to w tył, do sobie tylko znanego rytmu. Mała istotka podeszła do talerza zawierającego resztki wczorajszej kolacji i z niemałą krzepą chwyciła kiść winogron, odciągając je na bok. Następnie oderwała jedno i poczęła je pałaszować. Mimo iż istota była niebagatelnie piękna, sposób w jaki pożerała winogrono przywodził na myśl same złe rzeczy. A także brak jakiejkolwiek etykiety. W dłoni małej kobietki znalazł się niewiadomo skąd mały kawałek pergaminu, na którym to z zapałem kronikarza śledziła jakieś zapiski. Po chwili cisza ponownie została zgwałcona jej bestialsko głośnymi słowami.
-Panie! Musisz się pośpieszyć! Kalif zażyczył sobie abyś właśnie dziś esko…
- Nie tak głośno, na bogów, co ja ci zrobiłem, że mnie tak nienawidzisz…
- Ale to kalif! Plus jego córa? No i jeśli tym razem mu pomożesz…
- Rozumiem, rozumiem…na Wukeen, przestań krzyczeć…już się ubieram…przebieram…myję…cokolwiek…tylko nie tak głośno…
Młodzian ze spuszczoną głową, chwiejnym krokiem podszedł do krzesła i reprezentując postawę goblina wiedzionego na roboty do kopalni, podniósł białą niczym śnieg szatę ze złotymi ornamentami. Rzucił jej spojrzenie skazańca wiedzionego na stryczek. Westchnął i wyszedł z pomieszczenia, realizując zmyślny i niesamowicie nikczemny plan kąpieli. Panna w kolorze jadeitu w tym czasie nawiązała brutalną znajomość seryjnego mordercy z resztą biednych winogron znajdujących się na bielutkim talerzyku. Z wyrazem triumfu opadła na drewniany blat masując się po brzuchu spoglądając z zadowoleniem w poszarzały, nieco spękany sufit. Przez chwilę bawiła się kosmykami swoich włosów, dopóki młodzian ponownie nie wszedł do pomieszczenia. Jednak teraz jego wizerunek nie posiadał już niegodziwego i jakże niebezpiecznego syndromu dnia poprzedniego.
Młodzik dotknął swej potylicy, nieznacznie ją masując. Zielone oczy przenikliwie przypatrywały się zarówno pokoikowi jak i asystentce, która właśnie zlizywała pozostałości owocowego soku z twarzy. Kilkuwarstwowa, biała szata mędrca nieco kontrastowała z jego personą. W końcu trudno było sobie wyobrazić małego, elfiego chłopczyka pełniącego funkcję mędrca. Czarno-złota laska znajdowała się w jego dłoni, zaś niesforne włosy w kolorze brązu zostały nieznacznie przygładzone. Skinął swojej skrybie i wspólnie opuścili pomieszczenie w którym jedyną pamiątką po nich były opróżnione, czarne flaszki.
Na dworze wiał lekki wiaterek, który pomagał uporządkować myśli. A mając myśli takie jak panicz Kane, każda pomoc zaprawdę była mile widziana. Do miejsca docelowego, mały elfi chłopczyk dotarł w kilka minut, bynajmniej nie korzystając z żadnego wyrafinowanego środka transportu, czy to magicznego, czy zwierzaczków. Młodzik nie socjalizował się zbytnio z kimkolwiek, miast tego usiadł na skrzynce (a kupca do którego ta należała spiorunował wzrokiem). Z zadowoleniem myszy w składowisku sera obserwował nadchodzącą karawanę, która emanowała najróżniejszymi barwami, jak i odgłosami. Jego mała pomocniczka odezwała się niczego nie rozumiejąc:
- Myślałam, że czujesz się…wczorajszo?
- Słucham?
- Myślałam że czujesz się wczorajszo!
- Eh?
- Ogłuszenie? Cwany z ciebie mały berbeć, jak słowo daję…
Gdy księżniczka i kapłanka dotarły na miejsce, okazał im delikatny uśmiech i wykonał ukłon pełen nieskrywanego szacunku, tak jak nakazywała to tutejsza etykieta. Jednak nic więcej. Nie płacili mu za rozmowę. W gruncie rzeczy to w ogóle mu nie płacili, więc co właściwie tutaj wyprawiał? A no tak…przecież bawił się w dobrego harfiarza.
Wizzzard
2007-05-13, 12:43
Muad ibn Nadir Sa’id al Huzum
- Trzysta pięćdziesiąt za jedwab, trzysta siedemdziesiąt negocjować będzie Akbir. Sześćset plus odsetki od Yosiffa, dwieście od jego kuzyna. Al Saab’owie powinni się zgodzić na trzyletnią umowę, po tysiąc sto rocznie... – Muad siedział w swojej izbie, przeglądając swoje notatki, zawalające cały, niemały przecież, stół. Może go nie być dłuższą chwilę, wszystko musi być załatwione przed wypłynięciem.
- ... może tysiąc dwieście. Fadji jest twardy, ale Karim powinien sobie poradzić – najwyższa pora aby się usamodzielnił, ma dziewiętnaście lat, za mniej niż rok będzie oficjalnym przedstawicielem rodu... – W tym właśnie momencie do pomieszczenia wszedł cicho Karim, jego brat. Mimo, iż dzieliło ich dziesięć lat wyglądali niemal identycznie – wysocy, szczupli, czarnowłosi, z identycznymi przystrzyżonymi krótko bródkami.
- I jak? – spytał Muad.
- Czterysta.
- Akbir, co?
- Nie, Saul – dało się wyczuć dumę w głosie młodziana. I słusznie – pomyślał Muad. Przegadać głupkowatego Akbira to nie sztuka, ale Saul to stary wyga i niejednokrotnie zdarzało się Muadowi ustępować mu w negocjacjach. Oj tak, zapowiadają się dobre czasy dla Huzum’ów – spojrzał przez okno ponad dogasającą świecą. Do świtu zostało jeszcze coś koło trzech godzin. Za mało, żeby się wyspać. Trudno.
- Jesteś pewien, że sobie poradzisz? – spytał dla formalności. Karim pokiwał energicznie glową. Uśmiechnął się, skinął na pożegnanie i ruszył w stronę przystani
Utaqua nawet nocą pozostawała pełna życia. Kupcy zachwalali swoje towary, kurtyzany swoje wdzięki, pochlebcy swoich panów. W świetle pochodni i lamp oliwnych ulice były jasne, niemal jak w dzień i niemal równie zatłoczone. Wyglądało to wszystko pięknie, ale miało również swoje złe strony – Muad trzykrotnie łapał małoletnich kieszonkowców, którzy postanowili przywłaszczyć sobie jego majątek. Dwu polowało na sakiewkę, ale jeden, wyjątkowo bezczelny, usiłował ukraść mu sztylet. Tego też Muad solidnie trzasnął przez pysk – złodziejstwo złodziejstwem, ale są pewne zasady.
W drodze do portu udało mu się jeszcze złapać jednego z kontrahentów rodu i ustalić z nim warunki umowy na dostarczenie narzędzi do kopalni miedzi na północy. Był to bardzo udany dzień – przyniósł spore zyski Huzum’om. Wszystko to jednak bladło przed tym, co czekało na niego na niewielkiej dhow. On – Muad Sa’id, syn Nadira, z huzumskieo rodu kupieckiego miał płynąć w eskorcie córki samego kalifa.
Słońce nieśmiało wychyliło się zza horyzontu, gdy wchodził na nabrzeże, przyglądając się ciekawie orszakowi Jasminy. Chłodna bryza wywiała ostatnie oznaki zmęczenia. Poczuł to znajome, przyjemne uczucie, które towarzyszyło mu, przy szczególnie wymagających zadaniach. Uśmiechnął się do siebie i ruszył żwawym krokiem w stronę statku.
vvojtas
2007-05-13, 14:27
Dżahar
Dżahar jako pierwszy pojawił się na nabrzeżu, nieufnie przypatrując się swemu przyszłemu środkowi transport, uważnie obserwował okolicę wypatrując zagrożenia. Wielu już za pewno wiedziało o wyjeździe księżniczki. Zapewne części z nich nieodpowiadały jej plany matrymonialne. I na pewno jakiś odstek z nich planował te plany szybko ukrócić.
Zadaniem Dżahara jak zwykle było pokrzyżować poczynania jednych, ratując tym samym interesy drugich. W tym przypadku miał postarać się aby królewicz Harith, jeden z partnerów handlowych rodziny Al-Zouza, ujrzał swą narzeczoną całą i zdrową.
To był jeden z powodów jego wyprawy. Drugim była niewyciszona jeszcze "afera o pantofel', która wzburzyła całym miastem, a na pewno kalifem. Rodzina uznała, że w związku z tą sprawą lepiej będzie jeśli Dżahar opuści Utaqe na jakiś czas. W ten sposób zniknie jedyne ogniwo łączące Farida Al-Zouze z jakimikolwiek podejrzeniami.
Z drugiej jednak strony nie chciano aby Dżahar spędził ten czas bezczynnie. Zbyt dużo czasu i pieniędzy poświęcono na jego wyszkolenie. I wtedy właśnie przyszła informacja od Haritha.
Czekał, z niezadowoleniem przesuwając swój nowy sygnet po palcu, tak aby nie zawadzał zbytnio. Niestety okazał się równie nie praktyczny jak i inne błyskotki. Dżahar obdarzył go spojrzeniem nieskrywanej nienawiści. Niestety jako wysłannik Królewskiego Poborcy Podatków musiał mieć coś takiego na ręce. Niedosyć, że nie wygodny, to pewnie jeszcze odbijał wszelkie możliwe strumienie światła i nawet w ciemności błyszczał lekko informując wszystkich zainteresowanych o obecności i aktualnym położeniu posiadacza.
Właściwie sygnet był jedenym nie-czarnym i chyba również nie-śmiercionośnym elementem ubioru Dżahara. Ciemny strój, przewiązany ciemnym pasem, z jedną ciemną pochwą na kindżał, i drugą równie ciemną umieszczoną na łopatce, skrywającą w sobie pięć sztyletów.
Arab prezentował sobą typ urody, który łatwo zapominano i trudno było odtworzyć. I tak miało być. Krótkie ciemne włosy i broda, wraz z dość ostrymi rysami twarzy i czarną skórznią, nadawały mu trochę mroczny charakter. Ciepłe, brązowe, przenikliwe oczy i wąskie, zaciśnięte usta roztaczały wokół niego aurę spokoju.
Uważnie przyglądał się przybyciu każdego z przyszłego orszaku księżniczki. Obserwował i zapamiętywał, szukał słabości. Nikomu nie można było ufać.
W końcu zjawiła się księżniczka z orszakiem. Świetnie, pomyślał dżahar, nie ma to jak wyjazd w tajemnicy.
W powietrzu unosiła się atmosfera wyczekiwania. Księżniczka przybyła, ale nadal nie wychodziła z lektyki. Towarzysząca jej kapłanka spoglądała w górę ulicy, w kierunku pałacu, skąd przybyły. Od czasu do czasu rzucała uważne spojrzenia na ludzi ich otaczających. Z piątki śmiałków, którzy mieli ochraniać Jasminę i jej posag, przybyło na razie tylko czterech. Miejmy nadzieję, że piąty zdąży przybyć przed odpłynięciem statku...
Napięcie udzielało się także gapiom, którzy przystanęli, aby obejrzeć wypłynięcie córki kalifa do odległego miasta, w którym miała wziąć ślub. Mewy krzyczały, morze regularnie uderzało o brzeg, skrzypiały statki zacumowane w porcie. Nagle pewien człowiek rzucił się między strażników tworzących orszak Jasminy. Obdarte szaty, poplątane siwe włosy, wymachiwał drewnianą miską i głośno domagał się jałmużny: „Dajcie biedakowi z tego, co wam zbywa, a bogowie ochronią was przed niebezpieczeństwami! Nie zapominajcie o miłosierdziu, a Przeznaczenie nie odwróci od was swojego oblicz, gdy będziecie tego najbardziej potrzebować!” Paru z was, stojących z boku dostrzegło, jak ludzie wykonują ukradkiem znaki mające ich chronić przed złym okiem. Ktoś spośród nich szepnął: „To Szalony Mahmud! On widzi to, co bogowie zakryli przed innymi. Co to ma znaczyć?”
Zanim strażnicy zdołali go odsunąć, w górze ulicy zaczęło się nowe zamieszanie. Człowiek na wielbłądzie przedzierał drogę dla sześciu mężczyzn dźwigających lektykę. „Droga dla Wielmożnego Pana On-Basiego al-Garna! Droga dla Wielmożnego Pana On-Basiego al-Garna!” krzyczał, a ludzie niechętnie ustępowali mu z drogi. Gdy w końcu spóźnialscy dotarli do miejsca, gdzie zatrzymał się orszak księżniczki, z lektyki wytoczył się otyły mężczyzna w śnieżnobiałej szacie przepasanej różowym pasem. „Ach, najdrogocenniejsza ozdobo Utaqi! Jak to dobrze, że zaczekałaś na swego protektora i obrońcę! Już tu jestem, a więc możemy zaczynać naszą podróż!” lekko zasapany wyrzucił z siebie dworzanin.
Ten moment Szalony Mahmud wybrał akurat, żeby przypomnieć o swojej osobie i o obowiązku wspierania potrzebujących. Wyrywając się żołnierzom zamachał Al-Garnowi drewnianą miską przed twarzą. „Nie zapominajcie o tym, co najważniejsze! Współczucie... ugh” – jeden ze służących boleśnie uderzył go w żołądek i skulonego wyrzucił w tłum.
Khalida
2007-05-13, 17:52
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahMłoda kapłanka spojrzała krótko na żebraka. Zaraz potem jej wzrok na równie krótką chwilę przykuło przybicie dworzanina. Wydawało się że właściwie nie zwraca na nic uwagi, że wszystko jest jej obojętne.
Spojrzała jednak ostro na strażnika, który odepchnął brutalnie obłąkanego starca. Podeszła szybkim krokiem do swoich juków i zaczęła w nich czegoś szukać. Wyciąnęła małą sakiewkę, która napełniła odrobiną złota, a potem zabrała też dość sporo jedzenia, wodę i chustę.
Z takim samym spokojem, mimo iż coraz więcej osób sie na nią patrzyło podeszła do żebraka. Ukucnęła przy nim. Wylała na chustę trochę wody i obmyła mu zadrapania, jakie powstały podczas upadku. W końcu podała mu resztę wody, jedzenie, oraz te troche złota.
-Proszę- powiedziała z łagodnym uśmiechem -Błagam również o wybaczenie w imieniu tego nieokrzesanego wojownika. Mam nadzieje że nie stało się Ci nic poważnego- mówiła cicho, łagodnie, kojąco, miała melodyjny głos. Pomogła starcowi wstać. - Wiem że to śmiała prośba, ale proszę abyś modlił sie o jak najszczęśliwszą podróż dla naszej ukochanej księżniczki.- skłoniła mu lekko głową.
Odwróciła sie do wojownika, i tym razem na jej twarzy nie było już tego łagodnego spokoju.
-Widze że masz ogromny szacunek do starych i potrzebujących... - wysyczała z gniewiem. -Kapitanie! - zawołała dowódcę straży. Nie czekała aż do niej podejdzie, tylko głośno, tak aby wszyscy to słyszeli kontynuowała-Proszę nie zapomnieć po powrocie do domu, iż ten oto żołnierz zadeklarował własnie że odda ponad połowę swego żołdu na jałumużnę... I gdyby o tym zapominał, proszę, aby mu przypomniano... - odwróciła sie do przywódcy straży - Czy to jasne?
Bermar
Bermar biegł ile sił w nogach i tak się spóźnił, już rano miał być na nabrzeżu.
Rozpychał się miedzy tłumem mieszkańców i kupców, nie miał czasu aby pozwolić sobie na powolne przedzieranie się przez tłum, w końcu dostał się na nabrzeże.
- Przepraszam spóźniłem się nieco.- powiedział do kapłanki dysząc ciężko po długim biegu.
Bermar wyprostował się gdy nieco odsapnął wyróżniał się z tłumu, od razu widać był przybyszem z północy, jego stary wyniszczony ubiór składał się z wytartych spodni, luźnej lnianej koszuli, płaszcza, wyniszczonego kapelusza z szerokim rondem. Człowiek wspierał się na porządnym dębowym kosturze, przy pasie w pochwie z przerdzewiałymi okuciami nosił miecz o długim prostym ostrzu, stary ale porządny i znacznie bardziej zadbany od stroju wędrowca, oprócz kija i miecza miał też łuk, długi z drewna cisowego w tej chwili tkwiący w pokrowcu przewieszonym przez plecy razem z kołczanem pełnym strzał o szarych lotkach.
Bermar przyjrzał się ludziom z którymi miał odbyć podróż.
- Witam.- powiedział zdejmując kapelusz i lekko się kłaniając nowym towarzyszom.
- Chyba lepiej było mu dać parę monet na strawę niż walić go w brzuch, ale róbcie jak chcecie.- zwrócił się do Al-Garna.
- No chyba wyruszamy, niech Shaundakula nam sprzyja.- powiedział i wszedł na statek.
Wchodząc na statek Bermar uważnie mu się przyglądał, podczas swej długiej wędrówki(długiej w porównaniu do jego młodego wieku) widział wiele ale jeszcze nie taki okręt.
Wędrowiec wysłuchał słów kapłanki i uśmiechnął się lekko, widział i słyszał wszystko co zaszło lepiej od tłumu.
Akbar Ahl-i-Batin
Uwagę Akbara przykuło jakieś zamieszanie w orszaku. Ot nic niezwykłego, strażnicy pobili jakiegoś żebraka. Bogacze jakoś nigdy nie nauczą się hojności i uprzejmości. Cóż pieniądze przewracają ludziom w głowach. Akbar był hojny i uprzejmy, nigdy nie żałował wydanych pieniędzy. Zawsze wyznawał zasadę: „łatwo przyszło łatwo pójdzie”. I z tego powodu nie był bogaty. No może nie tylko z tego. Był też inny powód. Akbar jako bogacz nie mógłby spać spokojnie wiedząc, że ktoś taki jak on czyha tylko, aby się dobrać do skarbca. Zbyt dobrze znał samego siebie by mieć jakiekolwiek złudzenia, co do bezpieczeństwa swego ewentualnego bogactwa.
Nagle w tłumie mignęła mu znajoma twarz. Dżahar. Przedarł się do niego.
- Witaj przyjacielu – zawołał wesoło. – Widzę, że ostatnio dobrze ci się powodzi. Ładny sygnet. – wskazał na błyszczący na palcu sygnet. Jego towarzysz jakoś nie wykazał entuzjazmu słysząc komplement Akbara. Zamiast tego zmienił temat.
- Ładna małpa, kradziona?
- A gdzieżby tam, przecież mnie znasz. To zaklęta w małpę księżniczka. Wynajęła mnie abym ją odczarował. W zamian za to dostane tyle złota ile udźwignie wielbłąd. To nie łatwa robota, przydałby mi się wspólnik. Podzielilibyśmy się po połowie. Za dwieście denarów dopuszczę cię do spółki. To co umowa stoi?
Dżahar spojrzał na szczery uśmiech Akbara, potem na siedzącą obok „księżniczkę”. Księżniczka czując na sobie spojrzenie przerwała iskanie swojego ogona i spojrzała w górę. Momentalnie przybrała dumną pozę i wyszczerzyła zęby w czymś co dosyć udatnie przypominało uśmiech Akbara.
Wizzzard
2007-05-13, 19:14
Muad przechodząc obok skulonego żebraka i pomagającej mu kapłanki skrzywił się nieznacznie. Nie znosił żebraków. Nie rozumiał jak można oczekiwać od świata czegokolwiek nie próbując tego zdobyć własną pracą. Rytualną jałmużnę wolał zawsze przekazać świątyni – niech już kapłani robią z nią co im się żywnie podoba. Wmawiał sobie, że oni wiedzą lepiej jak pomóc ubogim, ale po prawdzie robił tak tylko, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu z nędzarzami. Patrząc na nich zaczynał rozumieć dlaczego nomadzi uznawali Al-Hadarów za ludzi słabych.
Przystanął nieopodal lektyki córki kalifa i rozejrzał się po przystani. Ludzi wciąż przybywało i jeżeli statek szybko nie wypłynie, to trzeba się będzie do niego przedzierać siła. Mógłby się ten festyn skończyć. Nieliczny odsetek tych spośród zgromadzonych, który miał w istocie wejść na dhow w jakiś nieokreślony sposób wyróżniał się z tłumu – kapłanka, niewysoki elf, dwu, najwyraźniej znających się mężczyzn. Wszyscy wyraźnie odcięci od zebranych przy statku mas.
Nagle musiał odskoczyć, aby uniknąć stratowania przez pędzącego skądś cudzoziemca. On również musiał być członkiem załogi, ponieważ nie wzbudził żadnej reakcji wśród strażników Jasminy. Uciekając z drogi Faeruńczyka (tak mu się przynajmniej wydawało) wpadł pomiędzy owych dwu mężczyzn, przy których stała, ni mnie ni więcej, nieduża małpa. Łapiąc równowagę i postanawiając solennie niczemu się nie dziwić, Muad wymamrotał przeprosiny:
- Najmocniej panów przepraszam – musiałem ratować swój honor przed wdeptaniem w ziemię - i spojrzawszy na oburzoną minę małpy, parsknął krótkim śmiechem.
Vengence
2007-05-13, 21:02
Callion Kane
Callion siedział ze spuszczoną głową. Jego złota laska zapewniała mu dobre oparcie, zaś szaty lekko powiewały na wietrze. Zastygł w tej pozycji na dobre kilka minut. W końcu pojawili się spóźnialscy. W momencie kiedy to zrobili, panicz Kane, niemalże niekontrolowanie, podjął się niebagatelnej i trudnej czynności, wymagającej dużej dawki heroizmu – zaczął donośnie chrapać. Creya natomiast siedziała na jego lewym barku nieco przygarbiona, podpierając rękoma twarz i przyglądając się zachodzącym scenom z zainteresowaniem i pojęciem pojmowania kota obserwującego szydełkowanie. Co prawda nigdy nie próbował, jednak uważa ideę za bardzo ciekawą i chętnie by spróbował. Potem zaś, gdy sytuacja poczęła się zagęszczać, istota z innego planu natychmiast poderwała się do góry, wyprowadzając…płaskiego prosto w twarz młodzieńca. Ten zerwał się na równe nogi, prawie zrzucając istotę z siebie, jednak ta zwołała chwycić go za bujną czuprynę.
-Chrap…Err…co się dzieje? Mamo nie chcę dziś na uniwersytet…
- Spójrz tam śpiąca królewno.
- Mamo…jeszcze pięć minut…
- Patrz idioto co się dzieje!
- …słucham?
-Err…patrz tam panie?
Oczy Calliona zwężyły się tak, że poczęły przypominać małe szparki. Zogniskował nieprzyjemne spojrzenie na Creyi, po czym capnął ją za kołnierz i zrzucił z siebie tak, że ta spadła na skrzynkę. Nie siliła się na donośną ripostę, jedynie odburknęła coś pod nosem i rozmasowała bolącą, zadnią część ciała. Młodzian przetarł swoje ślepia. Musiał powiedzieć, że nie pochwalał tego co miało miejsce. Na dodatek ta cała zbieranina gapiów komentujących wszystko co się działo, zaczynała działać mu już na nerwy. Minął strażników z grobową miną, zaś mała niewiasta w ubranku o kolorze zieleni zatrzepotała skórzanymi skrzydłami i poleciała za nim, przekazując zbrojnym, międzykontynentalny „znak pojednania”. Najwidoczniej także nie pochwalała tego co tu się wyrabiało. Kane podszedł do kapłanki i staruszka który był przez nią obdarowywany najróżniejszymi podarkami. Jednak człowiek miał problemy z zebraniem się z podłogi i oddychaniem, a co dopiero z przyjmowaniem darów. Callion natychmiast rozpoznał symptomy. Bród, syf, długotrwałe wygłodzenie, na bogów, człowiek pachniał tak jak stado ogrów po dwóch miesiącach pracy w kopalni! Młodzik, starając się zbyt mocno nie okazać swego zniesmacznienia, pomógł żebrakowi pozbierać się z podłogi i usiąść na skrzyniach. Kupca do którego owe należały ( a który chciał zaoponować), spiorunował wzrokiem. Był dobry w piorunowaniu wzrokiem. Miał w tym fachu ładny dyplom wiszący w domu na ścianie. Odezwał się do poszkodowanego:
- Erm…no, ten, tego… ja przepraszam za zachowanie tego gwardzisty. Aż strach człowieka łapie jakie małpy oni…
W tym momencie zauważył prawdziwą małpę i trzech jegomości znajdujących się nieopodal, którzy żywo o czymś dyskutowali. Mrugnął. Mrugnął ponownie. Przez chwilę zastanawiał się czy Creya nie dosypała mu czegoś do trunku wczoraj wieczorem, jednak szybko odrzucił ten pomysł a jego myśli i…słowa powróciły do staruszka:
…zatrudniają z powodu tych cięć budżetowych. Mam nadzieję, że nic się panu nie stało panie…Mahmud, jeśli słuch mnie nie zawodzi?
Starzec wydawał się przejawiać standardowe objawy swojego wieku, wygłodzenia, jak i lekkiego szaleństwa. Callion przez chwilę zastanawiał się czy żebrak kontaktował z rzeczywistością, czy też ktoś powinien nad jego głową stworzyć napis, który pojawia się także nad szklanymi kulami magów, gdy ci próbują się ze sobą nieskutecznie porozumieć – czarodziej chwilowo niedostępny. Upewniając się, że starzec nie zejdzie za chwilę z ziemskiego padołu i wciskając mu złotą monetę w dłoń, usłyszał to, co rzekła kapłanka. Ponuro uśmiechnął się odwracając na pięcie.
- Połowę szlachetna pani? Proszę wybaczyć tą impertynencję, jednak wyraźnie słyszałem jak ten oto szczodry osobnik deklarował, że będzie to 3/4 jego przychodu. Zaś nasz dobry kapitan z tego co wiem posiada doskonałą pamięć, czyż nie? Poza tym często widujemy się podczas nocnej popija…Errr...znaczy gry w szachy, więc będę miał niejednokrotnie okazję mu o tym fakcie przypomnieć…
Po raz kolejny uśmiechnął się przemiło i stukając nieznacznie swoim złotym kijem o ziemię, począł zmierzać na powrót w stronę skrzynek, gdyż całkiem wygodnie mu się siedziało. Po drodze minął niefortunnego gwardzistę. Przelatując obok niego, Creya mruknęła powstrzymując się od gwałtownej erupcji śmiechu:
-Hahah…frajer.
Khalida
2007-05-13, 21:43
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahKhalida zmierzyła intruza wzrokiem, i z lekkim zaciekawieniem spojrzała na skrzydlatą istotkę. Gdy mężczyzna odezwał się, mogło się wydawać że dziewczyna warknęła coś cicho pod nosem, jednakże szybko opanowała się, wyprostowała godnie i spojrzała na plecy odchodzącego młodzieńca.
Zmarszczyła brwi, potrząsnęła lekko głową, po czym ponownie zajęła sie starcem, pilnując, aby doszedł do siebie.
Od czasu do czasu rzucała ukradkowe, ale pełne zainteresowania spojrzenia w stronę skrzydlatego stworzonka. Młodzieniec był magiem i posiadał chowańca...? Nie, ta istota nie wydawała sie chowańcem, prędzej magicznym towarzyszem. Bardzo interesującym, na dodatek.
Mimo iż mag nie zrobił na niej zbyt dobrego wrażenia, wiedziała że będzie musiała z nim porozmawiać o jego towarzyszce.
Westchnęła w duchu i wróciła do zajmowania sie starcem, do momentu gdy zostanie wezwana przez księżniczkę, bądź wydarzy się coś innego.
vvojtas
2007-05-13, 22:43
Dżahar
Mimowolny uśmiech przebiegł przez twarz Dżahara na widok Akbara. Farid wspominał, że ktoś jeszcze powinien opuścić miasto. Akbar mógł okazać się bardzo przydatnym kompanem w najbardziej dziwacznych sytuacjach, mógł też doprowadzić ich misje do kompletnej katastrofy. Mimo wszystko dobrze mieć kogoś o sporych umiejętnościach, kto raczej nie będzie dybał na życie księżniczki. Niestety nie można było tego powiedzieć o jej cnocie.
-Umowa stoi- odparł Arab uśmiechając się lekko. -Rozliczymy się po otrzymaniu nagrody. Ale skoro już mowa o księżniczkach, przypominam ci że mamy za zadanie pilnować, a nie uwodzić i porywać! W dowolnej kolejności!-
-No co Ty, przecież mnie znasz.-
-Właśnie!-
W tym momencie rozmowę przerwało im wtargnięcie osoby trzeciej. Dżahar zmroził mężczyznę lodowatym spojrzeniem. Po chwili oblicze mu się rozjaśniło uśmiechem, który jednak miast promieni słońca przypominał błysk pioruna.
-Honor Tobie i całemu rodowi Huzum- chroniąc Farida, Dżahar rozpoznawał już wielu przestawicieli rodów -Przypadkiem znalazłem coś co mogło do was należeć. Niestety uchowała się tylko broń- Podał Muadowi niewielki sztylet, który Karim odebrał niedoszłemu skrytobójcy, twierdzącemu, że wynajęli go Huzumi. -Doradzam więcej ostrożności na przyszłość, to narzędzie miało kiedyś spory potencjał.- dodał a uśmiech ani na moment nie spełz z jego twarzy. Z zaciekawieniem czekał na reakcję kupca.
Szalony Mahmud dary, jakimi obdarowała go kapłanka, a później także rezolutny elfi młodzian, przyjął bez emocji. Jak gdyby było to coś naturalnego. A może jakby zarówno ból jak i dobrodziejstwa przyjmował z równą radością. A jednak uczynki dwójki dobroczyńców nie pozostały niezauważone. Zanim zdążyliście powrócić do reszty orszaku, żebrak wykrzyknął:
- To co widzą oczy jest tylko złudzeniem! Nie pozwólcie, żeby pozory kierowały waszymi uczynkami! Wiele zła jest tylko szaleństwem lub głupotą, a pożądanie pęta duszę! Szukajcie prawdziwej wolności!
Czy była to reprymenda za karę, jaką wyznaczyliście strażnikowi? Ale co w takim razie znaczyły słowa o pożądaniu? Czy starzec był całkowicie szalony, czy to bogowie przemawiali jego ustami? Niestety nie udało wam się uzyskać żadnych wyjaśnień, bo Mahmud skrył się pośród ludzi i oddalił się z portu, idąc tam, gdzie prowadziło go Przeznaczenie.
Tymczasem On-Basi al-Garn wydawał głośno rozkazy służbie, pilnując by wszystkie kufry i inne bagaże zostały przeniesione na statek. Biegał ciężko dysząc, trzęsąc swoim pokaźnym brzuszyskiem. Także trzech mężczyzn stojących wokół małpki zapędził do pomagania w załadunku, rozpoznając w nich wyznaczonych przez kalifa ochroniarzy księżniczki. Kapitan Dżamil nadzorował całe zamieszanie z pokładu dhow, czuwając, aby sprzęty zostały odpowiednio umocowane i nie przeszkadzały w żegludze. Rzucił okiem na Faeruńczyka w znoszonym odzieniu i zachęcił go do pomocy.
Aż w końcu i sama księżniczka wysiadła z lektyki. W najdelikatniejszych welonach i jedwabnych szatach spowijających całą jej postać. Podeszła do Khalidy i skinąwszy jej głową poczekała, aż wejdą na pokład.
Bermar
Wędrowiec znalazł na pokładzie miejsce gdzie mógł zostawić swoją podróżną torbę, kij, łuk, płaszcz oraz kapelusz.
Pomógł nosić bagaże i tak w tej chwili nie było nic innego do roboty.
Po skończonej robocie Bermar siadł na pokładzie i wyjął z podróżnej torby flet, instrument był dobrze wykonany ale nie miał żadnych zdobień.
Zaczął grać wolną melancholijną melodie, grając obserwował co dzieje się na pokładzie oraz swych towarzyszy podróży, choć żadnego z nich nie zaczepiał rozmową, uważał że nie było o czym teraz rozmawiać.
- „Mowa jest srebrem a milczenie złotem.”- pomyślał.
Feruńczyk skończył grać melancholijną melodie, posiedział chwile aby przypomnieć sobie jakąś inną melodyjkę może nieco bardziej wesołą.
Akbar Ahl-i-Batin
On-Basi al-Garn kaczym chodem zbliżył się do konwersującej trójki.
- A wy co tak stoicie? – warknął do nich.
- Bo nie mamy się na czym położyć. – odwarknął Akbar zanim odwrócił się do mówiącego. Gdy tylko spojrzenie Akbara padło na niego, na twarzy On-Basi al-Garna wykwitł paskudny uśmiech. I wyraz oczekiwania na szybkie przeprosiny i prośby o wybaczenie. I nie pomylił się.
- Wybacz panie, moje maniery. Ale odwykłem ostatnio od uczci… od pracy. – szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Akbara. Uśmiech szczery, radosny i absolutnie niezawierający skruchy. – Ale chętnie przejrz… przeniosę jakiś kufer.
Ominął On-Basi al-Garna, choć przeskoczyć było by go pewnie łatwiej i podszedł do niewielkiego kufra. Małpa z godnością podążyła za Akbarem. Pilnie asystowała mu w jego wysiłku. Gdy ze stęknięciem podniósł kufer, także stęknęła, a gdy z kolejnym stęknięciem odstawił kufer otarła pot z czoła. Swojego. Dziwnym trafem kufer znalazł się w miejscu niezbyt rzucającym się w oczy. I dziwnym trafem był otwarty, tzn. nie do końca otwarty. Był potencjalnie otwarty. I z tego potencjału skorzystał Akbar. Z tak prostym zamkiem poradziłaby sobie nawet małpa. Z namysłem popatrzył na swojego futrzanego wspólnika.
- Myślę, że za dodatkową opłatą mogę przyuczyć cię do zawodu. A teraz patrz czy nikt nie idzie – otworzył skrzynię, małpa wskoczyła na otwarte wieko i zaczęła czujnie wypatrywać zagrożeń. Akbar tymczasem grzebał w kolorowych szmatach. Robił to coraz nerwowej. Czuł się wręcz oszukany. Waga kufra wskazywała na solidniejszy łup.
- A co ty tu robisz? – rozległ się głoś zza pleców Akbara. Akbar podniósł głowę i spojrzał na małpę. Małpa uchyliła jedno oko, potem drugie i spojrzała nad ramieniem człowieka.
- Ikk. – pokazała łapą.
- Dzięki. – wstał i obrócił się zamaszyście, zawadzając połą burnusa małpę, która wpadła wprost do kufra. Stanął twarzą w twarz ze strażnikiem.
- Pytałem, co tu robisz?
- A co ja mogę robić w tym osłoniętym miejscu z kufrem? – zapytał Akbar poruszony stanem umysłowym strażnika. – Mogę to wyjaśnić. Przewijam dziecko. To chyba widać. – sięgnął do kufra i wyciągnął omotana szmatami małpę. – To wnuk On-Basi al-Garna z nieprawego łoża, ale lepiej nie rozpowiadaj tego, jeśli ci życie miłe. To jeden z tych niebezpiecznych sekretów. – dokończył szeptem.
Strażnik przyjrzał się „wnukowi” On-Basi al-Garna, „wnuk” wyszczerzył zęby w uśmiechu. Uzębienie trochę go zaskoczyło. Ale postanowił nie wnikać w życie rodzinne zwierzchnika. I tak już żałował, że tu zajrzał. Teraz, gdy tylko pomyśli o dzieciach oczami wyobraźni ujrzy szeroki i szczery uśmiech.
Wizzzard
2007-05-14, 21:34
Muad obejrzał dokładnie wręczony sztylet. Obrócił go w słońcu, zważył w dłoni. Po czym uśmiechnął się lekko
- Tak, całkiem niezła robota. Każdy wykonywany na specjalne zamówienie, a rok rocznie schodzi ich nie mniej niż sto. – spodziewał się spotkać Al Zouza’ę nieco później, ale cóż – nie ma tego złego. Skinął lekko na pożegnanie i począł wypełniać rozkazy, a po skończonej robocie poszukał jakiegoś zacienionego miejsca i tam się usadowił. Przymknął oczy i zamyślił się. Al Zouza’owie i Al Huzum’owie nie należeli do serdecznie zaprzyjaźnionych rodów, ale też nie było między nimi jakieś ognistej wendetty. Czas pokaże czy rywalizacja podczas tego rejsu wykroczy poza ramy zwyczajnej konkurencji. Niespecjalnie podobał mu się wygląd zouzowego zabijaki, ale nie spodziewał się fizycznego ataku w obecności córki kalifa. Przeznaczenie jedna wie – uśmiechnął się do siebie i przestał zajmować się tym problemem.
Przez kilka chwil posłuchał smętnej melodyjki cudzoziemca. Ładne – pomyślał i zastanowił się czy nie byłoby rozsądnie przespać się nieco póki słońce nie uczyni ze statku pływającego pieca. Postanowił jednak spróbować przespać najgorętsze godziny dnia w okolicach południa. Teraz podniósł się z pokładu i począł przyglądać się towarzyszom podróży i załodze. Wybierał moment, w którym nie wykonywali oni jakiegoś ważnego zajęcia i rozpoczynał niezobowiązującą wymianę zdań, chcąc chociaż pobieżnie ocenić z kim przyszło mu płynąć. Zastanowił się czy kieruje nim bardziej zmysł kupiecki, czy zwyczajna chęć zabicia nudy i raczej towarzyskie usposobienie. Pewnie oba – mruknął idąc powoli przez pokład.
vvojtas
2007-05-14, 22:27
Dżahar
Arab z początku niezbyt chętnie wykonywał polecenia On-Basi al-Garna. Jednak po chwili uświadomił sobie, że przenoszenie kufrów pozwoli mu się przynajmniej w pewnym stopniu upewnić, że nie ma w nich niebezpiecznych narzędzi, lub co gorsza ludzi. Akbar najwyraźniej wpadł na podobny pomysł, bo właśnie zniknął z jakąś podejrzanie wyglądającą skrzynią. Bardzo cieszyło Dżahara, że towarzysz najwyraźniej zrozumiał jak ważne zostało im powierzone i że ten przedsięwziął odpowiednie środki ostrożności.
Nie obyło się też od drobnych nieporozumień, jak na przykład gdy znaleziono Dżahara terroryzującego śmiertelnie przerażoną dwórkę. Biedaczkę przez długi czas musiały uspokajać trzy koleżanki, a i tak pewnie nie będzie spała dobrze do końca rejsu. Ale w końcu nie jest winą wysłannika Królewskiego Poborcy, że kosmetyki jakie wyjmowała z jednego z kufrów, równie dobrze mogły być chytrze ukrytą trucizną, która wraz z chytrze ucharakteryzowaną szpilką do włosów mogły stanowić śmiertelną broń.
Spotkawszy się z ogólnym brakiem zrozumienia, zwłaszcza ze strony dwórek, którym teoretycznie ratował życie, Dżahar odszedł z nabrzeża by zapoznać się ze statkiem. Najpierw upewnił się, gdzie znajdować się ma kajuta księżniczki, potem uważnie przyjrzał się najbliższemu otoczeniu. Po czym wyszedł na pokład skąd mógł obserwować resztę pasażerów.
Vengence
2007-05-14, 23:52
Callion KaneCallion odchodził nie przejawiając najmniejszej dawki stresu. W zamian za to, wręcz świecił zadowoleniem i dobrym humorem. Lekki, niewinny uśmiech nie znikał z jego twarzy. Na nieco dziwne zachowanie kapłanki, której przecież chciał ofiarować swego rodzaju pomoc, nie zareagował w żaden sposób. Nie można było powiedzieć tego o Creyi, która mało konspiracyjnie, wykonała jednym ze swych palców gest, świadczący o niestabilności psychicznej i…”ciekawej” percepcji świata owej kobiety. I w sumie zapewne ta dwójka udała by się od razu na statek, gdyby nie słowa które wypowiedział żebrak nim prysnął w tłum gapiów niczym nocna mara przejawiająca objawy złej diety i awitaminozy.
Callion nagle spoważniał. Jego ślepia zwężyły się, na twarzy zaś pojawiła mimika nie pasująca do tak małego, pozbawionego wiedzy o świecie gówniarza…Err…osobnika. Uniósł swój delikatny kciuk do ust i wgryzł się w paznokieć w wyraźnej kontemplacji, kierując oczy ku niebu. I dokładnie analizując wypowiedziane przez staruszka słowa. Pierwszym przypuszczeniem była możliwość tego iż starzec nie pochwalał ich zachowania. Jednak owe przypuszczenie zostało szybko wyrzucone z jego umysłu. Druga, bardziej racjonalna myśl, zakładała iż dziadyga po prostu postradał wszystkie klepki i przydał by mu się długi wypoczynek w wygodnym, miękkim pokoju…z którego jacyś wandale dawno temu pokradli wszystkie klamki. Istniała także trzecia opcja. Jednakże panicz Kane nie przepadał za dziką spekulacją. Nie wierzył także zbytnio w to, że bogowie mogli by przemawiać przez takiego starego capa…Err…miłego, staruszka z licznymi problemami. Callion mimowolnie się skrzywił, tak jakby właśnie ktoś przekręcił mu sztylet pod żebrem. Rzekł do swojej pomocniczki z całkowitą powagą, nie siląc się na bycie dowcipnym:
-Creya, zapisz mi to co on powiedział. Może to coś ważnego.
- A nie uderzyłeś się czasem w głowę podczas tej wczorajszej popijawy? Przecież to bełkot starego, zramolałego dziada!
- Rób co mówię.
- Ależ oczywiście! I co jeszcze? Może w przerwie na herbatę mam się udać do Faerunu i zabić Lolth? Wiesz, tak dla sportu?
- Creya…nie zmuszaj mnie, żebym dał ci po głowie.
- Dobra, już dobra.
Mała istota, która konsystencją swojej zawiści mogła zasilić legion bojówek religijnych na kilka następnych pokoleń, sięgnęła do niewielkiej, brązowej torebeczki. Gładkie, białe dłonie sprawnie ujęły pożółkły papirus, ona zaś usiadła po turecku na barku swego pana i ująwszy dziwne, purpurowe piórko, poczęła notować to co zasłyszała od starego piernika. Mimo iż wydawało jej się to nienaturalnie głupie, robiła co nakazał przełożony skrupulatnie i dokładnie. W końcu skończyła i na powrót odczytała test, bawiąc się w międzyczasie jednym z czarnych kosmyków. Pokręciła głową i schowała dzieło do torby. Dziwna dwójka wkroczyła na pokład, skutecznie omijając wszystkich, którzy mieli tak mało szczęścia i oleju w głowie, aby dać się wciągnąć do roboty załadunkowej. Callion sprytnie zakamuflował się za stertą skrzyń, bogowie wiedząc gdzie znajdując poduszkę. W międzyczasie jakiś bezwstydny, pozbawiony czci i honoru oprych, uprowadził kiść winogron ze skrzynki z zapasami. Jakie to szczęście, że w pobliżu znalazła się szlachetna i bohaterska Creya, która odebrała mu łup i postanowiła się nim „zaopiekować”. Tak też dwójka nietypowych osobistości spędzała czas, gdy reszta szargała swe mięśnie - kontemplując nad istotą wszechświata w odniesieniu do kilkudziesięciu małych, zielonych owoców, które po raz kolejny stanęły przed groźbą masowej eksterminacji ze strony małej, jadeitowej piękności.
- Jak to "jest tu tylko jedna kajuta"?! - szlachetny Al-Garn wydarł się na kapitana Dżamila. - To gdzie ja będę spał? - zapytał posapując. Lekko czerwony rozglądał się wokół, jakby oczekiwał, że zaraz ktoś wystąpi z przeprosinami i zacznie się tłumaczyć.
- Bo to naprawdę mały statek - wybąkał Dżamil. Ale nie o takie tłumaczenie się chodziło szlachcicowi. Zakręcił się na pięcie i chyba losowo wycelował palec w małomównego mężczyznę grającego na flecie.
- Ty! Wymyśl coś! - zakrzyczał.
Na dhow faktycznie była tylko jedna kabina. Na ogół używał jej kapitan, ale na czas tej podróży przekazał ją księżniczce. Khalida zaaranżowała proste pomieszczenie, aby choć trochę przypominało Jasminie pałac, który opuściła. Poupinane drogie draperie, grube dywany, poduchy i skrzynie z pozłacanymi okuciami trochę ożywiły kajutę, a przy tym znalazło się akurat tyle miejsca, by kapłanka mogła też tu sypiać.
Reszta drużyny wraz z załogą musieli się rozlokować na pokładzie. Sporo miejsca zajmowały tu różnorakie zapasy i skrzynie z posagiem panny młodej. Ładownia była równie mała co cały statek. Dodatkowo jeszcze ją zmniejszono, aby uzyskać mniejsze zanurzenie. Ogólnie wyglądało na to, że statek, na pokładzie którego się znaleźliście, został stworzony przez jakiegoś maga jako jego prywatny jacht wycieczkowy albo coś w tym rodzaju. Żadnej balisty ani innej większej broni również tu nie było. Do obrony księżniczki i jej dobytku mieliście tylko własny sprzęt i umiejętności.
Akbar Ahl-i-Batin
Gdy tylko al-Garn zszedł z kapitana ten machnął na swoich obu ludzi. Ci raz dwa się zakrzątnęli. Trap został wciągnięty, cumy rzucone, a żagle w magiczny sposób same się rozwinęły. Stateczek zwinie lawirował miedzy pozostałymi statkami porcie. Mamelucka Galera ociężale ruszyła za nimi. Ciężkie wiosła cięły wodę w rytm uderzeń bębna. Portowy chaos w końcu został za nimi. Galera postawiła żagle i powolutku zaczęła zmniejszać dystans. Dhow zwolnił i pozwolił się dogonić. Kapitan zasiadł na jednej ze skrzyń i oparłszy się o maszt i zaczął okazywać wiarę w umiejętności swoich ludzi. To znaczy zasnął.
Al-Garn stał nad artystą wyczekując rozwiązania swojego problemu. Artysta najwyraźniej się nie spieszył, co nie było specjalnie dziwne. Słońce zaczynało przypiekać, a on siedział w największym cieniu na statku.
- Drodzy przyjaciele – Akbar wstał ze skrzyni – chciałbym was powitać na tej radosnej wyprawie. Zapewniam, że zdobędziemy na nie bogactwo i sławę a wrogowie zgniją w odmętach… Hmm, właściwie to chciałem się tylko przedstawić, niestety dałem się ponieść chwili. Jestem Akbar Ahl-i-Batin. Do usług. A to jest małpa, także do waszych usług.
Khalida
2007-05-15, 22:15
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahKhalida wyszła na pokład dopiero gdy upewniła się że księżniczce niczego nie brakuje. Czuła sie w obowiązku choć trochę zapoznać sie z załogą i ochroną córki kalifa.
Stanęła na deskach pokładu w momencie gdy statek zaczął wypływać z portu. Spojrzała w stronę morza, pochyliła lekko głowę i zaczęła szeptać:
- Hakija, Selan, tafaddalkunna an haaz rih, an dżajjid safar, waan sa'adaliamira - zmówiła jeszcze krótką modlitwę, po czym z zamyślenia wyrwały ją słowa mężczyzny, Akbara. Co dziwniejsze, wydawało się, iż jej uwagę bardziej przykuła małpa niż mężczyzna.
Chwilowo nie mówiła jednak nic, czekała z boku aż wszyscy powiedzą co mają do powiedzenia.
Bermar
Wędrowiec przestał grać na flecie i spojrzał z politowaniem na szlachcica nie potrafiącego poradzić sobie z tak drobnym problemem jak brak kajuty, nie odezwał się do niego nawet słowem, przeniósł swoje rzeczy dalej, w cień i bliżej reszty.
- Witam jestem Bermar.- powiedział do towarzyszy podróży.- Jeśli muzyka będzie wam przeszkadzać powiedzcie, przestane grać.
Bermar rozłożył się na pokładzie i oparł plecami o skrzynkę.
Pomyślał chwilę aby przypomnieć sobie jakąś weselszą melodię, znowu zaczął grać.
Wizzzard
2007-05-16, 16:29
Kupiec, zajęty rozmową z kukiem, który jak się okazało pracował również w kwatermistrzostwie pałacu Kalifa, spojrzał przelotnie na postać na skrzyni. Zaraz jednak jego uwagę przykuł ponownie Omar:
- Mówię ci, panie – trzysta za tyle palet materiału to była okazja!
- Bzdura, przyjacielu. Za taką cenę możesz mieć o dziesięć procent więcej towaru jakościowo o wiele lepszego. No, ale tak to już jest, gdy kupuje się od Al Baasr’ów zamiast od uczciwego handlarza – tutaj Muad począł wyjaśniać, dlaczego pałac Kalifa powinien zmienić dostawców i dlaczego pewni konkretni kupcy mogą sobie pozwolić na zawyżanie cen, przy obniżeniu jakości. – Obaj się chyba zgadzamy, że pałac może wyłożyć nieco więcej za transport, mając jednak pewność najwyższej jakości...
- No tak, ale...
- Nie, nie ma żadnego ale, Omarze. Prawda jest taka, że lepszy materiał wytwarza się z przędzy jedwabnika południowego, a on żyje tylko w... – trwało to jeszcze parę minut, ale kupiec był dobrej myśli. Nawet jeżeli nie przekonał rozmówcy, to przynajmniej zmusił go do zastanowienia się. A to już była szansa.
Po rozmowie z kucharzem Muad zgarnął z pokładu swój niewielki bagaż przeniósł go nieopodal reszty pasażerów. Zmęczenie powróciło z upałem, usiadł więc obok któregoś z towarzyszy podróży i przymknął oczy.
Vengence
2007-05-16, 16:50
Callion KaneCallion wraz ze swoją sojuszniczką, beznamiętnie patrzał na cały, wtaczający się na statek cyrk, który mimo iż zawierał zwykłych ludzi ( i pojedynczą małpę), z powodzeniem wpędzał w kompleksy te Faeruńskie, składające się z najrozmaitszych rodzajów zwierząt, a także innych, potwornych istot. Odetchnął głęboko, zaciągając się portowym powietrzem. Lubił winogrona nieco bardziej…sfermentowane, choć obecnie i tak nie miał co narzekać. Siedział wygodnie na poduszce, opierając się o masywną, dębową skrzynię.
Być może będzie mu dane złapać nieco snu, korzystając z lekkiego kołysania się z statku. Creya najwyraźniej wpadła na owy pomysł wcześniej. Młody panicz Kane, dopiero teraz spostrzegł, że poza wymiarowa istota znajduje się obecnie na jego kolanach, niemalże zwinięta w kłębek i osłonięta własnymi skrzydłami. Konsternacja ogarnęła na moment jego myśli, jednakże szybko przywołał się do porządku. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zrzucić swojej służki, jednak nie był aż tak złośliwym młodzieńcem. Miast tego siedział i wpatrywał się w resztę gromady, która bez najmniejszych problemów poprawiała jego lekko skacowany dzisiejszego dnia humor. Rzekł sam do siebie, szeptem, przykładając kciuk do ust, zaś oczy unosząc wysoko ku niebu:
-Hmmm…Ten Al-Garn…słyszałem coś o nim. Bodajże nawet coś dobrego…jednak obserwując go przez dłuższy czas… mogę stwierdzić, że… to bardzo zawistny i pompatyczny człowiek, pozbawiony całkowicie odwagi. To oczywiście jedynie hipoteza…obiekt wymaga głębszej analizy…być może przyjemnie mnie zaskoczy? Kto wie?
-Mhm…
Odezwał się przytłumiony, senny głos z jego kolan. Po raz kolejny pogłaskał istotę po kruczoczarnych włosach, choć ta w żaden sposób nie zareagowała. Zlustrował spojrzeniem Bermara, który usiadł nieopodal niego. Rzucił mu miły uśmiech i kiwnął głową na powitanie. Niewiele mógł zrobić więcej, mając taki bagaż na nogach.
- Callion Kane. Miło cię poznać Bermarze. Liczę, że ta podróż będzie udana.
Następnie zaś mag zaczął się wsłuchiwać w weselszą melodię. Odczuł także lekkie szarpnięcie. To statek właśnie wypłynął. Nie obawiał się o sen swojej jadeitowej towarzyszki. Aby obudzić Creyę trzeba było wystrzału kuli armatniej, solidnego kuksańca w głowę, lub flaszki wina (brzęczenie o siebie kilku przynosiło najlepszy efekt). Elf przygładził swoje brązowe włosy, ciesząc się z faktu, że statek w końcu ruszył i mogli rozpocząć swoją wędrówkę w nieznane.
vvojtas
2007-05-16, 22:03
Dżahar
-Dżahar, przez niektórych zwany Stróżem- przedstawił się Arab -Dla formalności- skrzywił się lekko i rzucił nienawistne spojrzenie swojemu sygnetowi. -Wysłannik Królewskiego Poborcy Podatków Farida Al-Zouza- Zamilkł na chwilę -A tak: "Cieszę się, że płynę z wami"- dodał prawie uczciwie.
Uważnie przyglądał się pozostałym osobom na pokładzie. Nie był w nastroju, aby silić się na wymuszone uprzejmości. Samopoczucie jeszcze pogorszyło mu się w miarę trwania rejsu. Żołądek powoli zaczął przesyłać niepokojące oznaki. Dżahar skrzywił się i obdarzył sygnet złowrogim spojrzeniem, jakby to była jego wina. Niestety trudno było oskarżyć pierścień, nawet bardzo ozdobny o coś takiego. Przez chwilę analizował menu posiłków, jakie ostatnim czasem spożywał, jednak nie znalazł w pamięci nic podejrzanego. Świetnie, pomyślał. Może jednak miał rację co do trucizny ukrytej w zastawie do makijażu. Szybko jednak odrzucił to podejrzenie: przeciw córce Kalifa użyto by truciznę wyższej klasy, albo natychmiastową, albo niewykrywalną - bezobjawową.
Zirytowany ruszył w stronę wejścia do nadbudówki, gdzie znajdowała się kajuta księżniczki. Następnie usadowił się tam skąd mógł obserwować pozostałych i jednocześnie nasłuchiwać czy nie działo się nic niepokojącego.
Wypływając z zatoki Al-Zulma fale stawały się coraz większe. Wiatr wytrwale wypychał was na otwarte morze. Potężna galera bojowa, która wam towarzyszyła, miała sporo problemu, żeby dotrzymać tempa maleńkiej dhow i to mimo, że w tej chwili poruszała się zarówno na żaglach jak i na wiosłach. Wytatuowani mamelucy ze wszystkich sił służyli swojej organizacji i potędze Qudry.
- No co to, to nie! – wydarł się On-Basi al-Garn, któremu w końcu udało się złapać powietrze. Wściekłość na parę dobrych chwil pozbawiła go oddechu. – Ja tu dowodzę! Sam kalif Agara al-Gandar, niech łaska bogów opromienia go chwałą na wieki… – wyrecytował jednym tchem – sam kalif powierzył mi tę odpowiedzialną funkcję i nie pozwolę, by jakiś obszarpaniec ignorował moje rozkazy! – chyba wyraźnie uwziął się na Bermara i nie zamierzał teraz łatwo odpuścić.
- Wy też! Co się tak gapicie?! – o reszcie waszej drużyny też nie zapomniał – już do roboty! Chyba nie myśleliście, że będziecie się tu wylegiwać? To wyprawa dyplomatyczna o największym znaczeniu! Pełna niebezpieczeństw! Musicie się mnie słuchać!
Vengence
2007-05-17, 22:47
Callion KaneCreya otworzyła jedno oko. Potem drugie. Bardzo, ale to bardzo nie lubiła gdy się ją budziło. Przynajmniej bez odpowiedniej motywacji w postaci winogron o odpowiednio zmienionym stanie skupienia. Przetarła ślepia, obecnie siedząc a nie leżąc na kolanach swojego pana. Przez chwilę patrzyła na coraz mniej komiczną scenę. Potem bez jakiejkolwiek dawki humoru, śmiertelnie poważnie, powiedziała tak, że słyszał to zarówno jej pan, jak i grajek:
-Zieeef…co to za palant…i dlaczego tak…krzyczy…spać mi nie daje… Proponuję ufundować mu bezpłatną wycieczkę na dno morza, z odpowiedniej wielkości odważnikiem do towarzystwa, a winę zwalić na jakiegoś Umberlee ducha winnemu Krakena.
Callion przez chwilę zastygł w miejscu, zastanawiając się głęboko nad wersją wydarzeń przedstawioną przez swoją sojuszniczkę. On także nie był zbyt zadowolony ze swego towarzysza podróży, jednak w przeciwieństwie do swej uroczej, acz impulsywnej podkomendnej, potrafił dokładnie przeanalizować zdarzenia bez podejmowania akcji, które mogły by przysporzyć więcej kłopotów niż korzyści. W końcu odrzekł:
-Wszystko pięknie i uroczo moja droga. Jednak ten przemiły człowiek ma być naszym reprezentantem na…
- Co za tym idzie nie wypadniemy zbyt uroczo w oczach kogokolwiek.
- Słuszne stwierdzenie. Miej jednak na uwadze to, iż wraz z nami płynie galera, a także kilku marynarzy. Co za tym idzie, zafundowanie mu wakacji w kurorcie o którym wspomniałaś nie jest rzeczą zbyt rozważną…
- Punkt dla ciebie. Zmieniamy miejsce pobytu na mniej problematyczne?
- Sądziłem, że nigdy nie zapytasz moja droga. Poszukajmy ziemi obiecanej.
Owe poszukiwania miały oscylować głównie wokół napojów wyskokowych o wysokiej zawartości substancji otumaniającej, lub całkowicie wyłączającej z obiegu umysł. Nie mniej jednak, wizyta w ładowni, nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Odnaleźli jedynie wodę pitną, żagle, oraz zapasy. Bynajmniej nie była to ziemia obiecana. Może następnym razem. Jednak do szpiczastych uszu panicza Kane’a, nie docierały już odgłosy wrzeszczącego pod niebiosa tłuściocha. Było tu ciepło i sucho. I ta błoga cisza. Oczy Calliona praktycznie same się kleiły. Uśmiech wykwitł na jego twarzy, zaś stopy pokierowały go w stronę złożonych żagli. Wcześniej, skrzętnie zamknął drzwi za sobą, nie pozostawiając żadnego, zewnętrznego świadectwa odnośnie swej obecnej lokalizacji. Ulokował się wygodnie na „łożu”. Nie minęło wiele czasu, nim ową lokalizację przepełniło donośne chrapanie dwójki osób. Kane miał niesamowite wyrzuty sumienia pozostawiając resztę, dzielnej grupy na pastwę władczego grubasa. Czuł palące uczucie w swym żołądku. Nie, jednak nie. To właśnie odzywało się jego śniadanie. Trzeba będzie w końcu zrezygnować z tych pikantnych ziół.
Bermar
Bermar usłyszał jak jego sąsiad z kimś rozmawia ale teraz nie zwrócił na to teraz uwagi ,wędrowiec przestał grać gdy grubas zaczął wrzeszczeć że on tu dowodzi, wstał i podszedł do szlachcica, gdy był blisko spojrzał na niego, nagle pieść podróżnika wylądowała na podbródku al-Garna, grubas zwalił się na pokład z wielkim hukiem, Bermar natychmiast dobył miecza i chwycił go oburącz szykując się do obrony, przyjął pozycje zwaną "żelazną bramą".
- Jeszcze raz nazwiesz mnie obdartusem, a potraktuję cię kijem, jeśli mimo to zdarzy się to jeszcze raz wtedy sięgnę po miecz.- powiedział do szlachcica tak aby wszyscy mogli go usłyszeć.- Kalif wysłał mnie z wami bo zwiedziłem kawał świata, zapewnił mnie też że nikt nie będzie wydawał mi rozkazów. Jeśli ci się nie podoba mogę wysiąść na najbliższym stałym lądzie, ale wtedy stracisz raczej cennego członka załogi.
W tej chwili Bermar powiedział więcej słów niż przez ostatnie parę dni ale sytuacja była wyjątkowa.
Podróżnik schował do pochwy miecz i podszedł do kapitana.
- Cóż może nieco mnie poniosło, jeśli trzeba będzie coś pomóc to mnie zawołaj, to co teraz powiedziałem, powiedziałem tylko aby ten grubas sobie za dużo nie myślał.- szepnął kapitanowi tak aby leżący szlachcic nie usłyszał.
Bermar postanowił teraz cały czas uważnie obserwować al-Garna, w końcu nie chciał aby ktoś przyozdobił mu plecy rękojeścią sztyletu.
Khalida
2007-05-18, 13:09
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahWłaściwie nie poświęcała obecnym całej swojej uwagi. Obserwowała ich jedynie kątem oka, bardziej interesując się wypłynięciem z portu. Podeszła nawet do burty i obserwowała wszystko na około. Z zamyślenia wyrwały ją dopiero wrzaski i odgłos upadajacego ciała. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała na całe zamieszanie.
Nie mogła nic zrobić. Co prawda jeszcze pare naście minut temu zareagowała i nawet użyła swojej pozycji, jednak teraz... Teraz sytuacja była zupełnie inna i choćby chciała, nie mogła nic zrobić. Brzydziła się przemocą, walką, ale to była sprawa mężczyzn i właściwie nawet nie musiała na to patrzeć.
Mogła pójść do kajuty i posiedzieć trochę z Jasminą, ale żal jej było siedzieć w zamknięciu i nie móc oglądać morza.
Odsunęła się wiec jak najdalej od całego zamieszania, oparła sie o burtę i z zamyśleniem wróciła do obserwowania natury, odcinając się od reszty.
vvojtas
2007-05-18, 19:18
Dżahar
Dżahar przeszył On-Basi al-Garna lodowatym spojrzeniem. Ten człowiek miał bardzo irytujący sposób bycia, który połączony z bólem żołądka znacznie naruszał cierpliwość araba.
Dżahar miał prosty sposób klasyfikowania znajomych. Byli ci niezbędni do wykonania zadania, później istotni, pomocni, aż w końcu zbędni. Oczywiście byli też tacy, którzy stanowili mniej lub bardziej jawne przeszkody i utrudnienia. Al-Garna trafił do szufladki zbędni jedynie dlatego, że Dżahar za bardzo szanował trud jaki niektórzy wkładają by pokrzyżować jego plany.
Dlatego doskonale rozumiał reakcję małej latającej istotki. Niestety przedstawiony przez nią plan mógł utrudnić nie tyle wykonanie danej im misji, lecz dalsze życie Dżahara.
Z tego samego powodu z satysfakcją obserwował jak wędrowiec z Faerunu udzielał Al-Garnowi lekcji pokory. Być może Bermar rzeczywiście był tak wartościowym członkiem ochrony jak sam twierdził. W każdym razie gry polityczne Qudry nie krępowały go w takim stopniu jak pozostałych pasażerów niewielkiego stateczku.
Akbar Ahl-i-Batin
Miło rozpoczęta wyprawa zaczęła okazywać się trudniejsza niż się zdawało na początku. Od początku wiedział, że przyjdzie mieć mu do czynienia ze złodziejami, porywaczami i zabójcami. I jak zwykle miał rację. Domyślał się, że druga strona także wyśle swoich zbirów. Na razie jednak kłopoty zaczął sprawiać al-Garn. Na szczęście cudzoziemiec znalazł sposób. Ci cudzoziemcy to niby barbarzyńcy, ale czasem mają świetne pomysły. Co prawda Akbar postąpił by inaczej. Akbar ruszyłby głową. W końcu nie wypada podnosić ręki na przełożonego, nawet jeśli od nagłego ruszania głowa może przekrzywić się turban.
W zasadzie Akbar powinien złożyć wyrazy szacunku księżniczce, ale obiecał Dżaharowi, że się powstrzyma. Więc nie było wyjścia. Akbar musiał poczekać aż Dżahar uśnie.
Wizzzard
2007-05-19, 13:59
Barbarzyństwo. I kompletny brak pomyślunku. On-Basi zafunduje mu wizytę asasyna przy pierwszej okazji. – pomyślał kupiec patrząc z boku na całe zajście. Al.-Garn może i był starym grubasem, ale umiał wywalczyć sobie nielichą pozycję na dworze, nie mógł więc być idiotą. Cóż – nie mój problem. Wzruszył ramionami i odszedł wzdłuż burty tak daleko od zamieszania jak to było możliwe. Minął po drodze dziewczynę, kapłankę i najwyraźniej zaufaną Jasminy. Spojrzał na słońce – czas na salad.
Muad wyciągnął z plecaka zwiniętą w rulon, haftowaną matę, manierkę z wudu – wyświęconą wodą, oraz podniszczony modlitewnik. Zdjął sandały, obmył twarz, dłonie i stopy, po czym zaczął się modlić. Raka’ah dla Przeznaczenia. Raka’ah dla Dawczyni Wiedzy. Raka’ah dla Oświeconych Bogów i szczególne du’a o powodzenie do Hakiji – swojej patronki. Muad nie był szczególnie religijny – salad odmawiał tylko rano, teoretycznie powinien to robić trzy razy każdego dnia.
Po skończonym obrządku ostrożnie schował wszystko do plecaka i stanął przy burcie wpatrując się w morze.
Grubas wylądował z hukiem na deskach pokładu. Podczas przemowy Bermara mrugał tylko oczami i chyba najwyraźniej nie wiedział, co się właściwie wydarzyło. Ale gdy mężczyzna wyciągnął miecz, Al-Garn zakwiczał jak świnia i na czworakach popędził skryć się za stertą bagażu. Chyba wszyscy odwróciliście wzrok, aby nie być świadkami tego żenującego widowiska. Kapitan Dżamil milcząco tkwił za sterem nie komentujac wydarzeń wśród pasażerów, których mu wyznaczył sam kalif Utaqi.
Początek podróży nie był najlepszy. Gdy już można było przypuszczać, że choć na chwilę wszystko się uspokoiło - towarzysze się wzajemnie przedstawili, zamienili parę niezobowiązujących słów, ci, którzy nie odwiedzili przed świtem świątyni, odmówili przepisane przez Dawczynię Wiedzy modlitwy - gdy już wszystko się wyciszało poddając się nieustannej potędze Wielkiego Morza, Bahr Al-Kibar, którego fale uderzały o statek, wtedy znów zły los uderzył.
Nie wiadomo za bardzo skąd (ale pewnie od strony lądu, wszak był on wciąż niedaleko) nadleciał ciemny kształt. Połyskliwe czarne pióra, ostry dziób, pazury. Okrążył statek i wydał z siebie przeraźliwy wrzask. Przeklęty kruk nie opuszał podróżników i po kilkunastu minutach postanowił usiąść na olinowaniu, wysoko nad pokładem i stamtąd szyderczo spoglądać na bohaterów.
Gorszego omenu bogowie chyba nie mogli zesłać!
Khalida
2007-05-22, 23:42
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahSpojrzała na mężczyznę, który przystąpił do modlitwy, trochę przyjaźniejszym wzrokiem. Już miała ponownie odwrócić sie w stronę morza, gdy rozległo sie krakanie. Skrzywiła sie nieznacznie.
Obserwowała ptaka, aż ten nie usiadł spokojnie. Wtedy opuściła lekko głowę, i zaczęła żarliwą modlitwę do swej bogini, błagając o pomyślność. Pogrążyła sie w niej tak mocno, że praktycznie odłączyła sie od świata zewnętrznego.
Akbar Ahl-i-Batin
Dżahar pewnie by w końcu usnął zostawiając wolną drogę Akbarowi. Niestety pojawił się Kruk. Pech. Jak się taki pojawi to bardzo niedobrze. Kruki to pechowe ptaki. Szczególnie, gdy Akbar jest w pobliżu. Albowiem Akbar wyznaje zasadę, że bogowie sprzyjają tym którzy sami się o siebie troszczą. Wprawnym okiem ocenił szanse na zmianę wróżby. Nie za dobrze, w końcu jak pech to pech. Bujanie statku, gęste olinowanie, a do tego badawcze spojrzenie kruka spoczęło na Akbarze. Tak, kruk najwyraźniej także przeczuwał zbliżającego się pecha.
Akbar spojrzał znacząco na małpę potem na olinowanie, małpa spojrzała beznamiętnie na olinowanie a potem na Akbara. Syknął cicho kindżał wyjmowany z pochwy.
- Masz – podetknął jej pod nos ostrze – Nie łapami. – skarcił małpę – Fachowcy trzymają ostrze w zębach gdy się wspinają. Chciałaś uczyć się zawodu to ucz się od teraz. Bierz kosę w zęby i właź na górę. A potem utnij łeb krukowi. Wszystko jasne?
Małpa pokiwała z zapałem głową.
- To trzymaj – wetknął ostrze do pyska małpy. Sekundę później małpa padła na twarz. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu małpa i kindżał chodziły w porównywalnej wadze.
- No dobra – Akbar zabrał kindżał i skorygował plan – wejdziesz na górę i zadusisz sukinsyna gołymi łapami.
Małpa podrapała się w zadumie po głowie obserwując kruka. Kruk nastroszył pióra coraz bardziej przeczuwając zbliżanie się przyniesionego przez siebie pecha.
Vengence
2007-05-23, 13:33
Callion KaneKane nieświadomie wygramolił się z kabiny na pokład. Przez moment mały, elfi dzieciak zachowywał się tak, jak winien, patrząc na jego wygląd. Przecierał zaspane oczka, rozglądał się niewyraźnie. W końcu z wyrzutem w nieokreśloną stronę skomentował:
-Zieeef…nie mogę spać bez swojego Necronomico…erm…misia, tak właśnie misia.
Kane w porę zreflektował się i nie dokończył swojej wypowiedzi tak jak zamierzał to uczynić. Choć tak naprawdę miał szczere wątpliwości, że ktokolwiek w tym towarzystwie znałby nazwę tej starej, choć jakże przydatnej książki. Otaczający go ludzie mieli pojęcie o magii równie wielkie, jak ryby o stepowaniu.
- Nie wiedziałam, że misie robiono z ludzkich…
- Cicho tam, bo pod kilem przeciągnę.
- Nawet nie wiesz co to kil dzieciaku…
Callion być może kontynuował by ową bezsensowną wymianę zdań gdyby jego uwagi nie przykuła grobowa cisza na pokładzie. Z zainteresowaniem skierował niewinne oczęta w stronę kruka znajdującego się obecnie na „wyższej” półce. Potem zaś na ludzi. Wyglądali mniej więcej tak jak on, kiedy po raz pierwszy zobaczył kościanego golema. Brakowało jedynie pisku zadowolenia, skakania pod sufit i podzięki rodzicom za tak wspaniały prezent urodzinowy. Poza tym, wszystko się zgadzało. Musiał przyznać, że w tej kulturze niezmiernie denerwowało go jedno. Zabobonność. Jednak ludzie (i nie tylko ludzie) muszą mieć przecież możliwość zrzucenia na kogoś winy za swe niepowodzenia. W tym wypadku upodobali sobie los i biadoli nad nim kiedy tylko coś poszło nie tak. Widział modlącą się kobietę, jak i tego dziwnego jegomościa, który właśnie starał się poszczuć jedno zwierze drugim. Z mizernym, acz zabawnym i interesującym skutkiem.
- Na bogów Creya…oni przez jedno nastroszone ptaszysko gotowi są puścić z dymem cały statek. Nie ma to jak zabobon…Creya?
Kane z cichym zdumieniem odkrył, że obecnie jedynym adresatem jego słów była pustka, gdyż Creya natychmiast udała się w górę, w kierunku kruka. Elfi młodzian stał tak przez chwilę a wiatr owiewał jego szaty i smagał delikatnie twarz. Patrzył jak istota z niższych planów wznosi się wysoko w kierunku bocianiego gniazda i ląduje niedaleko kruka. Na jej twarzy malowała się ślepa fascynacja, podobna do tej, którą dziewczynka obdarza nowe zwierzątko. Callion jedynie pokiwał głową i mruknął pod nosem:
-Trzeba było cię jednak nazwać Hctib Eltill. To imię świetnie odzwierciedlało by twoją rolę w naszym związku…
Uśmiechnął się kwaśno pod nosem okazując lekkie zezłoszczenie i naburmuszenie. Następnie zaś usiadł na skrzynce nieopodal i obserwował zjawisko. W miarę obserwacji, jego uśmiech stawał się coraz większy, by w końcu móc zagrozić rozmiarem niejednemu bananowi. Mała istotka o skórzanych skrzydłach dopadła do kruka i uścisnęła go mamrocząc coś w stylu:
-Och jaki on śliczny i ładny i piękny! Będę go pielęgnować, opiekować się nim i głaskać go i…AUA! Ty mały, pierzasty skur!@#$%^ ! Łapy z kupra ci powyrywam!
Jak nie trudno było Callionowi wywnioskować, ptaszysko było głodne. Ptaki na morzu przeważnie są głodne i ten nie był wyjątkiem. No i najwyraźniej pomylił Creyę ze swoim posiłkiem. Zapewne nie była to pierwsza pomyłka w jego ptasim życiu. Jednak znając temperament małej istotki, mogła być ostatnią i spowodować gwałtowną zmianę ról. Ubrana w kolor zieleni zaczęła szybko, energicznie i chaotycznie drapać, gryźć i syczeć, w sposób taki, że przyprawił by o zazdrość nawet jaguara, zmuszając go do zasięgnięcia paru lekcji w kociej szkole ogłady i dobrego wychowania. Po kilku chwilach na maszcie pozostało jedynie kilka śladów krwi, fruwających w około czarnych piór i zwycięska, nieco poplamiona czerwoną substancją Creya, która uśmiechała się zadziornie.
- I więcej się tu nie pokazuj ty @#$% !
Ptaszysko stało się czarnym punktem w powietrzu i raczej nie miało zamiaru wracać na okręt. To tyle jeśli chodziło o pechowy omen, czy jak to nazywała ta banda turbanowych dziwaków. Kane ziewnął kiedy jego podkomendna zleciała do niego na dół, ogniskując wzrok na bliżej nieokreślonym punkcie dwa centymetry od jego głowy. Mruknął:
- Czego się nauczyliśmy?
- Że trzeba zjeść wroga zanim wróg zje ciebie?
- Ciekawa interpretacja. Będę to musiał zapamiętać. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że aby obalić moją regułę bzdurności zabobonów, zaraz zaatakuje nas jakiś Kraken, z otwierającego się portalu wyjdą twoi koledzy z podstawówki w celach rabunkowo-turystycznych, lub po prostu uderzymy w jakąś skałę, albo w umyśle księżniczki pojawią się myśli samobójcze, których nigdy wcześniej nie miała?
- Domyślam się. Inaczej po prostu było by nudno.
- Touche moja droga. Touche. Może do tego czasu zechcesz nieco się odświeżyć?
- …
Creya dopiero teraz zdała sobie sprawę z nowego odcienia kolorystycznego jaki zyskał jej mundurek, a także faktu iż we włosach posiadała kilka ptasich piór. Szurnęła butnie nogą z podkutym, małym bucikiem i zniknęła gdzieś pod pokładem, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Powróciła po dłuższej chwili, jednak wyglądała czyściutko.
vvojtas
2007-05-23, 23:25
Dżahar
Dżahar zupełnie nie przejął się kruczym zwiastunem nieszczęścia. Miał bardziej przyziemne problemy. Pierwszym był skrytobójca, który na pewno gdzieś się czai dybiąc na życie księżniczki i wyczekuje, aż stróż stanie się bardziej nieuważny. Drugim były nudności.
Złe samopoczucie i konsekwentnie prowadzony nocny tryb życia przekonały Araba że przychodzi najwyższy czas na drzemkę. Dżahar nie sypiał, nie mógł sobie pozwolić na taki brak czujności, zawsze drzemał, niespokojnie, i krótko. Przynajmniej było tak od czasu szkolenia, gdy zbyt mocny, lub długi sen karany atakiem znienacka i co za tym idzie wieloma siniakami.
Nie mógł jednak pozostawić księżniczki bez odpowiednich zabezpieczeń. Wstając niechętnie poszedł pod drzwi jej kajuty. Z kieszeni wyjął niewielki złoty dzwoneczek i krótki kawałek srebrnej nici, który przeciął w połowie. Pierwszą część przywiązał do dzwonka, drugą z pomocą szpilki przyczepił do drzwi w mało widocznym miejscu. Zamknął oczy i usiadł krzyżując nogi. Przewracający się na drugą żołądek nie ułatwiał koncentracji. Mdłości okazały się większym utrudnieniem niż strzaskane żebra czy rany.
W końcu po całej minucie udało mu się skupić dość woli i pchnąć je ku nitce, łącząc oba jej kawałki. Teraz dzwonek powinien zabrzęczeć za każdym razem gdy ktoś posiadający przy sobie broń przekroczy próg.
Zadowolony z siebie włożył dzwonek do kieszeni i powędrował z powrotem na pokład. Co prawda nie lubił pokładać zaufania w magii, jednak jeśli miała stanowić jedynie dodatkowe zabezpieczenie, zawsze warto ją było wykorzystać.
-Zabiję pierwszego, każdego pierwszego, kto wejdzie z bronią, jakąkolwiek bronią, do kajuty księżniczki!- warknął i usadowił się z powrotem na swoim miejscu, próbując zdrzemnąć się trochę.
Bermar
Bermar z pogardą spojrzał na grubasa czołgającego się w kierunku skrzyń, nie powiedział nic, szkoda było słów.
Wędrowiec spojrzał na górę, Bermar nie był zbyt przesądny ale jego towarzysze mogli wziąć to za zły omen.
Powoli zaczął wyjmować z futerału mocny cisowy łuk, rozwinął niedawno nawoskowaną cięciwę i nałożył ją na gryf, chciał już ją naciągać gdy zorientował się że nie jest to potrzebne, obserwował chwile zajście i uśmiechnął się lekko wspierając się na łuku.
- Widać niepotrzebnie go wyjąłem.- mruknął.
Podróżnik zwinął cięciwe i położył łuk obok swego skromnego bagażu.
- Shaundakula, miej nas w opiece i sprowadz nam pomyślne wiatry.- powiedział głośniej.
Khalida
2007-05-26, 10:45
Khalida bint Khalaf ibn Szabib al-ArubahSpojrzała na Dżahara, gdy ten wykrzyczał swoją deklarację. Westchnęła lekko. Zwróciła spojrzenie na istotę towarzyszącą elfiemu magowi. Zmarszczyła lekko brwi, ale to była jej jedyna reakcja na całe zajście.
Postanowiła przespacerować sie po pokładzie. Najpier skierowała sie na dziób. Pobyła tam chwilkę, rozgladając sie po morzu. Podeszła niebezpiecznie blisko burty, i trzymając sie mocno barierki wychyliła sie lekko, aby zobaczyć jak ich statek rozcina wodę z cichym szumem. Słone krople ochlapały jej twarz, więc cofnęła sie i przetarła ją dłonią.
Wróciła na główny pokład, po czym skierowała sie do kajuty księżniczki. Była to jedyna osoba z która mogła przyjemnie spędzić czas, a przebywanie dłużej na pokładzie nie wydało sie jej zabawne.
Stanęła przed drzwiami kajuty i zapukała lekko.
-Pani, nie przeszkadzam? - zapytała trochę podniesionym głosem aby można było ją usłyszeć w pomieszczeniu.
Dwa tygodnie później
Rejs, który rozpoczął się pod tak złowróżbnymi znakami, okazał się jednak dość spokojny. Nie obfitował w wiele dramatycznych przygód – raz czy drugi trzeba było walczyć z wężami morskimi, które wdarły się na pokład, a parę razy dostrzeżono w oddali pirackie okręty czyhające na przepływające statki. Jednak duża szybkość rozwijana przez magiczny okręt i towarzystwo bojowej galery mameluków skutecznie zniechęcały do jakiejś poważniejszej potyczki. Zawinęliście do kilku portów, ale obowiązek strzeżenia księżniczki, spowodował, że wasze wypady na ląd były zawsze krótkie i odbywane w dużym pośpiechu – aby zdążyć na wartę, żeby statek nie odpłynął bez was. Tym bardziej, że taki przypadek zdarzył się w pierwszym mieście, które odwiedziliście. Muad al Huzum, kupiec, który uczestniczył w waszej wyprawie z ramienia rodziny konkurencyjnej wobec al Zouzów, nie stawił się na czas w porcie, a al Garn z nieukrywaną satysfakcją zarządził wypłynięcie z Qadib, Miasta Różdżek. W tym siedlisku dżinów i czarnoksiężników nie można było przewidzieć, jaka przygoda mogła kogokolwiek spotkać.
Po ponad dziesięciu dniach od czasu wypłynięcia z Utaqi dotarliście do najdalszego na zachód spośród Wolnych Miast Północy – do Qudry, Miasta Potęgi. Tu pożegnaliście się z galerą, żeby ostatnie parę dni do egzotycznej Akoty przebyć już zdani tylko na własne siły. I tu właśnie uderzyło nieszczęście.
Trzeciego dnia podróży wzdłuż niegościnnych brzegów Gór Jaszczurczego Języka, o zachodzie słońca księżniczka Jasmina przechadzała się po pokładzie wpatrując się w odległy horyzont, słuchając szumu fal i rozmyślając o księciu, którego miała już niedługo poślubić. Wyobraźnia podsuwała jej jak najmilsze obrazy, więc trzeba powiedzieć, że okres oczekiwania dość jej się dłużył. Chciała jak najszybciej dotrzeć do celu podróży i rozpocząć nowy, szczęśliwy okres w swoim życiu.
Zachodzące słońce rozlewało się po morzu, gdy nagle z jego olśniewającego blasku wychynęły trzy potwory! Mimo że miały skrzydła, to najwyraźniej w okolice statku dostały się pod powierzchnią wody. Nikt ich nie dostrzegł, póki nie było za późno. Szara, przypominająca kamienną skóra, rogi, pazury i kły tak przeraziły księżniczkę, że rzuciła się ona szukać schronienia w swej kajucie. Jednak bestie były tuż za nią.
Bermar
Dwa tygodnie minęły spokojnie, nawet za spokojnie, Bermar od czasu do czasu pomagał w kuchni oraz na okręcie, nadal obserwował grubasa, był pewien że on nie zapomniał.
Bermar siedział na skrzyni w zamyśleniu obserwując zachód słońca.
Po wynurzeniu się potworów podróżnik dobył ostrza, wskoczył przed bestie ścigającą księżniczkę.
Wykonał dwa szybkie cięcia zmuszając potwora do cofnięcia się i skupienia uwagi na nim, cała nadzieja w tym że klinga którą dostał od starego kapłana Shaundakula który go wychował da sobie rade z twardą skórą potwora, starzec zawsze twierdził że ten miecz jest magiczny, choć jak do tej pory jedynym przejawem magii w tym orężu było to że świeci na życzenie.
Bermar szybko poprawił cięcia sztychami, nie dawał czasu to aby potwór wyprowadził kontrę, mimo że atakował szybko i zaciekle każde cięcie, każdy sztych oraz krok były przemyślane i wykonywane z wprawą godną najlepszego szermierza, Bermar nie bawił się unikając ciosów po prostu odskakiwał i schodził z linii ciosu, jedno trafienie pazurami mogło znaczyć dla niego koniec walki nie miał na sobie żadnego pancerza jedynie cieńką lnianą koszule.
Vengence
2007-05-27, 12:56
Callion KaneI pozornie nie działo się nic specjalnego. Do czasu. Z wody, niczym wystrzelone z katapulty, wynurzyły się trzy istoty. Inna osoba może by się zdziwiła, jednak z pewnością nie Callion. On widział już najrozmaitsze rzeczy, przy których ta, swoją dziwnością, pozostawała daleko w tyle. Analiza została dokonana szybko i na dobrą sprawę była całkowicie zbyteczna. Gargulce. Zaskoczenie i niedowierzanie, nie były jednak tą samą parą butów. Nie. Leżały na zupełnie innych straganach. Kane poczekał jeszcze kilka sekund, aby być zupełnie pewnym. Ale z głębin nie wynurzyło się nic więcej. Trzy wrogie jednostki. To jakaś głupota. Nędzna farsa. Te istoty miały mózgi wielkości kamyków plażowych, o takiej samej użyteczności. Przecież musiały mieć jakiś instynkt przetrwania, nawet jeśli oscylował wokół muszelek, krabów i rekinów! Myśl Kane. Myśl. Udowodnij, że po tylu setkach lat, masz jeszcze coś w swojej skołatanej, małej czaszce…
Goniły księżniczkę. Jednak dlaczego wszystkie trzy? W normalnych warunkach ataku, powinny się rozdzielić na innych członków załogi. Na „łatwiejsze” cele. Na przykład na niego samego. Jednak tak się nie stało. Czyżby te pół-mózgi miały zamiar ją porwać? Ale przecież nie miały by najmniejszych szans. Pod wodą udusiła by się w przeciągu kilku sekund. W powietrzu, niosąc taki obiekt, byli by jeszcze łatwiejszym celem. Być może… tylko…być może to jakaś cholerna dywersja ? Minął ułamek sekundy. Myśli ustały. Nadszedł czas na podjęcie konkretnych działań. Kilka słów na wietrze, skierowanych do jego sojuszniczki. Odpowiedź o dziwo nie zakropiona zawiścią i sarkazmem:
- Tak jest panie. Natychmiast.
Odległość, czas inkantacji, ruch jednostek. Taktyka. Widział Bermara, który zajął się jedną z bestii. To pozostawiało jeszcze dwie, goniące księżniczkę. Cały okręt zalała nagle fala nienaturalnie wysokiego dźwięku, powodując dzwonienie w uszach wszystkich zebranych, oraz sterczenie włosów na każdej części ciała u tych, którzy nie byli przygotowani. Callion uniósł palec. W ułamku sekundy, tuż nad jego czubkiem uformował się mały koralik będący mieszaniną purpury i fioletu. Powietrze wokół niego zdawało się delikatnie drgać. Następnie ręka skierowała się w stronę dwóch pozostałych monstrów, a mały pocisk uderzył w ziemię tuż pod ich łapami. Dźwięk który towarzyszył formowaniu się kuli był niczym w porównaniu z tym, jaki nastąpił po jej uwolnieniu. Eksplozja miała zwiększyć dystans pomiędzy kamiennymi łbami ze żwirem miast mózgu, a księżniczką. Jeśli ich nie pozabija, lub przynajmniej nie wyrzuci przez burtę, rzecz jasna.
W tym czasie Creya natychmiast znalazła się przy Khalidzie, unosząc się przed jej głową niczym jakiś dziwny ornament i zrównując wzrok maciupeńkich oczu. Jej ekspresja wyrażała ponurą determinację, a słowa wypuściły jej usta jak armatnia kanonada. To w połączeniu z rękami założonymi za plecy a także lekko przekrzywionej łepetynce sugerowało brak jakiegokolwiek poszanowania dla statusu teraz, czy kiedykolwiek.
- Pani nadęta kapłanko…gdyby była pani tak miła ruszyć swoje szacowne cztery litery za księżniczką i sprawdzić czy wszystko u niej w porządku. Panicz Kane podejrzewa, że ten atak to tylko pretekst, żeby odwrócić naszą uwagę. Sugeruję pośpiech. O ile dystyngowany krok nie wyparł z pani łepetyny jeszcze wspomnień o tym jak winno się biegać.
Nie czekając na odpowiedź, mała istota wystrzeliła do góry znajdując się dobra dziesięć stup nad walczącymi. Jej dalsza rola była prosta. Obserwacja innych kłopotów jakie mogły by zaistnieć. Nie. Jakie na pewno zaistnieją.
Akbar Ahl-i-Batin
Dwa tygodnie minęły nie wiadomo, kiedy. O dziwo, Dżahar znając Akbara nie zauważył jego niezdrowego zainteresowania księżniczką. Wbrew pozorom raczej nie przywróciło mu spokoju ducha.
- Haa! – wrzasnął Akbar, małpie siedzącej obok zjeżyły się od tego wszystkie włosy na ogonie. Sejmitar znalazł się w dłoni niewiadomo kiedy. Małpa odruchowo upuściła trzymane w ręku karty i mylnie interpretując zachowanie Akbara śmignęła jak kudłaty pocisk między skrzynie. Cóż, mała nie do końca czyste sumienie. Z pełną premedytacją udawała brak umiejętności karcianych. W sumie robiła to z wewnętrznej potrzeby. W końcu Akbar obiecał jej, że jak nie opłaci kolejnej raty szkolenia to wyrzuci ją z a burtę. Obietnica zmotywowała instynkt samozachowawczy i zanim umknęła chwyciła wygraną broszkę.
Ale to nie to było przyczyną reakcji Akbara. Winę ponosiły trzy skrzydlate stwory przemykające lotem koszącym nad pokładem. To oraz pisk księżniczki. Jeden potwór związany walka z cudzoziemcem był chwilowo niegroźny. Zasadniczo niegroźny, tzn. dla wszystkich oprócz Bermara.
Skoczył na skrzynie, stamtąd bujając się na linie przeleciał nad pokładem. Śmiejąc się opętańczo śmignął między walczącymi. Jeden ze stworów wyminął eksplozje i nadrabiał straconą odległość. Akbar wylądował na nadbudówce, biegnąc po barierce odciął linę biegnącą do masztu, złapał zębami ostrze sejmitaru, błyskawicznie zawiązawszy pętlę skoczył w dół wprost na nadlatującego za stwora. Stwór lekkim ruchem skrzydła zmienił kurs i Akbar przemknął obok niego. Stwór rycząc triumfalnie zbliżył się do księżniczki, ale ryk triumfu zmienił się w ryk zdziwienia. Skręcił po szerokim łuku, a zdobycz umknęła nietknięta. Co więcej wciąż skręcał. Obleciał maszt wokoło raz, drugi, trzeci. Każde okrążenie miało coraz mniejszy promień. Trzasnęły drzwi, księżniczka była bezpieczna. Ale tylko ona. Gargulec połapał się, że lata na uwięzi i mrużąc chytrze ślepia ciął pazurami. Cóż, granit nie jest najlepszym siedliskiem dla intelektu. Akbar widząc, co się święci skoczył do kapłanki i nękającej ja minipanienki. Mniejszą złapał pod pachę, a większą objął w tali ramieniem i rzucił się w bok. Gargulec z bardzo zdziwionym spojrzeniem minął ich o włos i z hukiem wyrżnął w maszt. Leżąc między bagażami, zupełnie przypadkiem Akbar znalazł się na wierzchu.
- Wybacz pani to prostackie traktowanie, ale mamy takie niespokojne czasy, że i o manierach czasem człowiek zapomi… – mamrotanie spod pachy przerwało mu zaplanowany monolog, szybkim ruchem łokcia pozbył się problemu. W odpowiedzi usłyszał, co nieco o swoich przodkach i ich praktykach rozrodczych. Niestety zepsuło to magię chwili, tę bliskość twarzą w twarz, atmosferę przesiąkniętą adrenaliną… Kapłanka wyślizgała się spod Akbara i usiadła. Akbar skoczył na nogi podniósł sejmitar i przyjąwszy heroiczną postawę spojrzał na Kalidę.
- Pani mam do ciebie prośbę.
Pełna złych przeczuć, a nawet wbrew sobie zapytała:
- Jaką?
- Zostań moją żoną. – Widząc niedowierzanie na twarzy dziewczyny dodał szybko – Ale nie musimy się tak spieszyć, najpierw zajmiemy się tymi tutaj. A potem pójdziemy do kapitana...
Strona
1 z
8 •
1,
2,
3,
4,
5,
6,
7,
8